21
List
14

kochany święty spokój…

… nie jest mi dany.

Po pierwsze mąż, po drugie syn, po trzecie drugi syn, jeszcze nienarodzony. Jednakże są to niezwykle słodkie źródła braku spokoju. Kochane. Chciane. Takie, do których chce się wracać (z jednym jestem fizycznie nierozłączna jeszcze).

Po czwarte rodzice. No i tu zaczyna się dramat. Moi rodzice piją. Piją odkąd pamiętam. I ja nic nigdy nie umiałam z tym zrobić, choć zawsze z tego powodu cierpiałam. I ja i mój brat. Pominę chwilowo to, jak bardzo jestem zryta przez to wszystko co z piciem moich rodziców się wiązało. Przez wiele lat coś z tym chciałam zrobić – jako dziecko płakałam, obrażałam się, zamykałam, uciekałam. Jak podrosłam to zaczęłam wylewać, prosić, grozić, unikać. Potem chciałam pomóc, pokazać inną drogę, a ostatnio ignorowałam. Ale to wszystko już przeszłość. Niedawno dałam sobie prawo do własnego życia niezależnego od moich rodziców i ich uzależnienia, podejmując ostatnią próbę pomocy. Złożyłam w gminnej komisji rozwiązywania problemów alkoholowych wnioski o ich przymusowe leczenie. I piszę tu o tym w ramach autoterapii, bo wiąże się to z ogromną dawką przeróżnych emocji, które muszę jakoś przetrawić.

Nie spodziewałam się wdzięczności, raczej starego znanego szantażu emocjonalnego i dokładnie to dostałam. „Dlaczego nam to robisz?” „Zawiodłem się na tobie”, „Pewnie jesteś z siebie dumna, że się nas pozbyłaś”, „Dzięki tobie nas zamkną, możesz o nas zapomnieć”, „Wogóle cię nie obchodzimy”, „Wolę umrzeć”. Myślę, że każde dziecko alkoholika musi być przygotowane na takie teksty. Zahartowały mnie najpierw terapia DDA a potem mój ukochany czterolatek, który lubi mnie testować zwrotami typu „Nie kocham cie”, „Nie lubię cie mama”. Wiem, że to tylko odruchy, że on naprawdę tak nie myśli, tylko jest chwilowo zły, bo czegoś tam mu zabroniłam. Z rodzicami jest tak samo – dzisiaj nie potrafią sobie wyobrazić życia bez picia, boją się nieznanego i reagują w ten sposób. Szantażem emocjonalnym chcą skłonić mnie żebym wycofała wnioski i dała im pić dalej. To działało i świetnie się sprawdzało przez długie lata, dzięki tej prostej technice byli w stanie mnie doskonale zmanipulować do dokładnie takich reakcji jakie były dla nich wygodne i wyeliminowania niewygodnych.

Jestem szczerze ciekawa co skierowanie do komisji wogóle da, czy będzie sygnałem dla nich, że coś trzeba zmienić?

Reklamy
01
Mar
14

wróciłam

niemożliwe, po latach czterech

inna

przejadło mi się wiele rzeczy, wiele sprało w toku życia codziennego

byłam feministką, czy jestem, nie wiem, wszystko zależy od przyjętej definicji

byłam chrześcijanką, czy jestem, nie wiem, patrz wyżej

byłam w ciąży, jestem matką trzyipółlatka płci męskiej

byłam idealistką, dziś bliżej mi do głębokiego rozczarowania ludzkością

i jeszcze jestem DDA, ale o tym później

wracam, bo czuję że muszę to dla siebie zrobić

27
Sty
10

feministka w ciąży

feministka taka sobie, umiarkowanie praktykująca, mało agresywna…

ciąża najprawdziwsza, dająca momentami nieźle popalić…

zgaduj zgadula jaka była pierwsza myśl na temat płci (jeszcze nieznanej) tegoż dziecięcia w drodze? lepiej żeby to był chłopiec, facetom w życiu łatwiej. myśl numer dwa – a może lepiej dziewczynka? przecież walka z przeciwnościami losu kształtuje charakter. no to lepiej żeby dziecko było beztroskie i miało łatwe życie, czy lepiej żeby miało charakter i umiało radzić sobie ze wszystkim co je w życiu spotka?

argument za patriarchatem, którym zdecydowanie najczęściej jestem bombardowana brzmi tak: kobieta jest w tym systemie pod opieką mężczyzny i nie musi martwić się odpowiedzialnością i innymi takimi brudnymi męskimi problemami. taki ideowy patriarchat jest tak samo możliwy jak ideowy marksizm – jedno i drugie to czysta utopia. czasem sobie myślę że gdyby taki prawdziwy patriarchat istniał to chciałabym żeby moja potencjalna córka miała możliwość wyboru – jeśli chce rozwijać się duchowo i intelektualnie, ponosić odpowiedzialność za swoje czyny i uczyć tego innych to niech będzie niezależną, wolną kobietą (i mówię tu o stanie ducha, który osiągnąć można w każdym stanie cywilnym i rodzinnym). a jeśli by bała się odpowiedzialności, nie miała upodobania w grach umysłowych to niech wybierze życie niewidocznej, lojalnej i uległej kobiety towarzyszącej i obsługującej mężczyznę swojego życia. jedno i drugie ma mnóstwo zarówno wad jak i zalet. i żadna z tych opcji nie jest dla mnie problemem. problemem jest brak możliwości wyboru. dzisiaj wciąż jeszcze kobieta decydując się na niezależność intelektualną w większości przypadków przekreśla życie rodzinne. a jeśli decyduje się na sielskie (daj boże) życie rodzinne to powinna zapomnieć o niezależności intelektualnej, bo ta przecież, jak wszem i wobec wiadomo, destrukcyjnie wpływa na jej lojalność i oddanie. a Bóg jeden raczy wiedzieć ile kobiet nie może nawet pomarzyć by mieć taki wybór. rodzą się w danym środowisku, ono sztywno wyznacza role i koniec, nie ma że boli…

więc jeśli będę miała córkę to będę starała się nauczyć ją że ma wybór. i że musi tego wyboru dokonać sama. daj boże żeby była na tyle sprytna żeby znaleźć jakieś trzecie wyjście – gdzie lojalność wobec rodziny i niezależność intelektualna nie będą się gryźć.

a jeśli będzie syn? będę uczyć go tego samego 🙂

16
Wrz
09

o życia wartości

życie wartością najwyższą jest

ale jakie życie?

ale czy każde życie?

czy życie pieska, kotka i krówki jest tak samo wartościowe jak ludzkie? nie? ok, niech będzie:

życie ludzkie wartością najwyższą jest

ale jakie życie ludzkie? życie księdza i lesbijki? życie mordercy? życie człowieka po 90, z alzheimerem i upośledzeniem funkcji motorycznych? życie islamskiego albo amerykańskiego terrorysty? życie dziesięciocioletniego chińczyka w fabryce nike? życie sześcioletniego afrykańczyka niewolniczo pracującego na plantacji kawy? życie porządnego polskiego katolika i życie zgwałconej nastolatki która usunęła ciążę?

w teorii może tak, a w praktyce? bynajmniej…

czy moje życie ma wartość jeśli nie jestem jak człowiek traktowana i szanowana? czy moje życie ma wartość, jeśli inni ludzie nie uważają mnie za wartościową osobę?

w praktyce życie ludzkie ma wartość taką, jak wartość rynkowa człowieka,  więc człowieczeństwo mierzone jest wartością rynkową. a więc kto jest bardziej a kto mniej człowiekiem?

myślę że życie ludzkie samo w sobie, sam fakt istnienia życia w człowieku nie jest i nie powinien być wartością najwyższą. powinien być wartościowy, powinien być wartością samą w sobie, ale nie powinien być wartością najwyższą. zresztą żadna kultura o jakiej przyszło mi czytać nie uznawała życia za wartość najwyższą. ale pewnie jeszcze mało w życiu przeczytałam.

więc jakie mogą być wartości wyższe od samego życia ludzkiego?

kultury wschodnie mówią że godność i honor

niektóre kultury że władza

inne że wolność

jeszcze inne że miłość

przeczytałam fantastyczną książkę, która mówi o wielu kwestiach, ale dla mnie mówiła o wartości życia i wartościach w życiu. polecam czytającym po angielsku. Ishmael

15
Czer
09

nie wiem

no po prostu nie wiem jak to nazwać

chodzi za mną jak cień ostatnio pewna myśl

filozofia pewnie nazwała to już dawno temu ale nie siedzę w filozofii wystarczająco głęboko żeby to wiedzieć

Oglądałam ostatnio kilka filmów i seriali które zakładały wyginięcie większości ludzkości w wyniku kataklizmów, ataków nuklearnych lub epidemii oraz pokazywały późniejsze odbudowywanie struktur społecznych. Mój mąż ogląda pewien brutalny w wyrazie serial (a ja czasami podglądam) o tym jak budowało się struktury społeczne w trakcie „zdobywania” terytoriów na zachodzie Północnej Ameryki. Wniosek po oglądaniu takich rzeczy nasuwa się jeden – ludzie to bestie skąpo przyodziane w reguły współżycia społecznego.

Mój anarchizm w tej sytuacji trzeszczy w podstawach. No bo skoro człowiek to bestia, która jak tylko urwie się z łańcucha misternie przez wieki budowanej cywilizacji, wraca natychmiast do pierwotnych instynktów zabijania, to ktoś jest potrzebny żeby tę dzicz jakoś ogarnąć – rządy, władze, wojska i inne instytucje stworzone do zarządzania, kierowania, kontrolowania… Zastanawiam się czy te filmy i seriale nie są tworzone właśnie po to, żeby ludzie przerażeni wizjami im przedstawianymi (jak nie będzie komu rządzić to otoczą cię bestie) cieszyli się że mają rząd, cywilizację, instytucje, walkę o władzę i pieniądze. Człowiek przerażony tym, że z drugiego człowieka może wyjść bestia, jeśli nie będzie odgórnej kontroli, łatwiej poddaje się choćby i najgłupszym wybrykom władzy. Bo lepsza władza niedoskonała niż żadna.

BTW taka wizja bestii w nas, która musi być kontrolowana z zewnątrz chyba kłóci się z ewolucjonistyczną teorią o tym jak to zasady moralne wyewoluowały bo musiały. Myślę, że człowiek stworzył zasady współżycia społecznego jak wszczepiona mu moralność zaczęła uwierać za bardzo i jak zorientował się że instytucje uwolnią go od ciągłego i samodzielnego kontrolowania własnej bestii.

Ja będę wierzyć że człowiek stworzony jest jako dobry, zepsuty jest grzechem, ale jeśli zdecyduje zmienić swoją wewnętrzną bestię (grzech) i otrzyma ponadnaturalne wsparcie stworzyciela (wierzę że dostępne dla każdego kto chce), to nie musi bestią być, choćby nawet żadnej zewnętrznej kontroli nie było, bo kontrola będzie wewnątrz.

I to jest właśnie dobra nowina.

11
Maj
09

regeneracja

Taka moja mała regeneracja po okresie melancholijnej zapaści pisarsko-twórczej.

Byłam wczoraj w kościele. Powinnam powiedzieć że jak zwykle w niedzielę, ale nie jest to takie oczywiste. Do kościoła bowiem z konieczności i z wyboru też chodzę najwyżej raz w miesiącu. Uprawiam kościół i bywam kościołem znacznie częściej i to mnie cieszy. Chodzenie do kościoła nie cieszy. Ale to jest wątek na inną okazję. Dziś chciałam napisać że byłam w kościele i że z niekłamaną radością wysłuchałam kazania (a to mi się zdarza raz na ruski rok).

Kazanie było o gościu – takim co jest gościem w życiu, przybywa do życia w gości, nic nie robi bo jest gościem, oczekuje, że zostanie obsłużony bo gość nic nie musi robić tylko być wielkim. Znam kilku takich „wiecznych gości”. Kazaniu towarzyszył tekst z ewangelii o tym jak Jezus pomimo że był Panem i Bogiem zniżył się żeby umyć uczniom nogi. Pomimo że był gościem na ziemi przyjął rolę gospodarza – usługującego innym. Fajne. Ale najbardziej w kazaniu podobało mi się to, że postawa chrześcijańska i chrześcijaństwo generalnie zostało zdefiniowane nie poprzez poziom uniesień duchowych czy przez częstotliwość wykonywania obowiązków chrześcijańskich typu modlitwa, czytanie biblii, uczęszczanie na nabożeństwa, ale poprzez bycie gospodarzem dla innych, służenie innym. I to jest dla mnie clue. Pewien pastor nazwał taką postawę ewangelią obywatelską i chyba miał na myśli coś gorszego niż „prawdziwa” ewangelia.

Ewangelia obywatelska to taka, która widzi człowieka razem z jego potrzebami, które trzeba zaspokoić (i nie o zachciankach mowa). Potrzebami nie tylko duchowymi, ale wszelkimi. Traktuje człowieka jak człowieka a nie jak dane statystyczne lub przestrzeń do zaistnienia dla duchowieństwa.

Ewangelia obywatelska to taka, która chce tak samo traktować człowieka, bez względu na jego pozycję społeczną, przynależność kościelną, stan posiadania i miejsce zamieszkania.

Farmer uprawiający kawę w Etiopii ma takie same potrzeby życiowe jak współspacz z ławki w kościele. Jak być gospodarzem a nie gościem w życiu? Współspacza z ławki w kościele możesz zabrać na kawe, pogadać, może ma zmartwienie o którym chce pogadać, a może ma inny powód do tego żeby spać w ławce w kościele. I możecie wypić kawę Fair Trade, której zakup pomoże farmerowii w Etiopii przeżyć i wyżywić rodzinę. Obie te rzeczy wyglądają na zachowanie gospodarza. Grzanie ławek w kościele to postawa gościa, który jest i nic nie musi robić bo jest wielkim gościem.

03
Lu
09

kobiece ograniczenia ???

video