Archiwum kategorii 'społeczeństwo'

16
wrz
09

o życia wartości

życie wartością najwyższą jest

ale jakie życie?

ale czy każde życie?

czy życie pieska, kotka i krówki jest tak samo wartościowe jak ludzkie? nie? ok, niech będzie:

życie ludzkie wartością najwyższą jest

ale jakie życie ludzkie? życie księdza i lesbijki? życie mordercy? życie człowieka po 90, z alzheimerem i upośledzeniem funkcji motorycznych? życie islamskiego albo amerykańskiego terrorysty? życie dziesięciocioletniego chińczyka w fabryce nike? życie sześcioletniego afrykańczyka niewolniczo pracującego na plantacji kawy? życie porządnego polskiego katolika i życie zgwałconej nastolatki która usunęła ciążę?

w teorii może tak, a w praktyce? bynajmniej…

czy moje życie ma wartość jeśli nie jestem jak człowiek traktowana i szanowana? czy moje życie ma wartość, jeśli inni ludzie nie uważają mnie za wartościową osobę?

w praktyce życie ludzkie ma wartość taką, jak wartość rynkowa człowieka,  więc człowieczeństwo mierzone jest wartością rynkową. a więc kto jest bardziej a kto mniej człowiekiem?

myślę że życie ludzkie samo w sobie, sam fakt istnienia życia w człowieku nie jest i nie powinien być wartością najwyższą. powinien być wartościowy, powinien być wartością samą w sobie, ale nie powinien być wartością najwyższą. zresztą żadna kultura o jakiej przyszło mi czytać nie uznawała życia za wartość najwyższą. ale pewnie jeszcze mało w życiu przeczytałam.

więc jakie mogą być wartości wyższe od samego życia ludzkiego?

kultury wschodnie mówią że godność i honor

niektóre kultury że władza

inne że wolność

jeszcze inne że miłość

przeczytałam fantastyczną książkę, która mówi o wielu kwestiach, ale dla mnie mówiła o wartości życia i wartościach w życiu. polecam czytającym po angielsku. Ishmael

15
cze
09

nie wiem

no po prostu nie wiem jak to nazwać

chodzi za mną jak cień ostatnio pewna myśl

filozofia pewnie nazwała to już dawno temu ale nie siedzę w filozofii wystarczająco głęboko żeby to wiedzieć

Oglądałam ostatnio kilka filmów i seriali które zakładały wyginięcie większości ludzkości w wyniku kataklizmów, ataków nuklearnych lub epidemii oraz pokazywały późniejsze odbudowywanie struktur społecznych. Mój mąż ogląda pewien brutalny w wyrazie serial (a ja czasami podglądam) o tym jak budowało się struktury społeczne w trakcie “zdobywania” terytoriów na zachodzie Północnej Ameryki. Wniosek po oglądaniu takich rzeczy nasuwa się jeden – ludzie to bestie skąpo przyodziane w reguły współżycia społecznego.

Mój anarchizm w tej sytuacji trzeszczy w podstawach. No bo skoro człowiek to bestia, która jak tylko urwie się z łańcucha misternie przez wieki budowanej cywilizacji, wraca natychmiast do pierwotnych instynktów zabijania, to ktoś jest potrzebny żeby tę dzicz jakoś ogarnąć – rządy, władze, wojska i inne instytucje stworzone do zarządzania, kierowania, kontrolowania… Zastanawiam się czy te filmy i seriale nie są tworzone właśnie po to, żeby ludzie przerażeni wizjami im przedstawianymi (jak nie będzie komu rządzić to otoczą cię bestie) cieszyli się że mają rząd, cywilizację, instytucje, walkę o władzę i pieniądze. Człowiek przerażony tym, że z drugiego człowieka może wyjść bestia, jeśli nie będzie odgórnej kontroli, łatwiej poddaje się choćby i najgłupszym wybrykom władzy. Bo lepsza władza niedoskonała niż żadna.

BTW taka wizja bestii w nas, która musi być kontrolowana z zewnątrz chyba kłóci się z ewolucjonistyczną teorią o tym jak to zasady moralne wyewoluowały bo musiały. Myślę, że człowiek stworzył zasady współżycia społecznego jak wszczepiona mu moralność zaczęła uwierać za bardzo i jak zorientował się że instytucje uwolnią go od ciągłego i samodzielnego kontrolowania własnej bestii.

Ja będę wierzyć że człowiek stworzony jest jako dobry, zepsuty jest grzechem, ale jeśli zdecyduje zmienić swoją wewnętrzną bestię (grzech) i otrzyma ponadnaturalne wsparcie stworzyciela (wierzę że dostępne dla każdego kto chce), to nie musi bestią być, choćby nawet żadnej zewnętrznej kontroli nie było, bo kontrola będzie wewnątrz.

I to jest właśnie dobra nowina.

11
maj
09

regeneracja

Taka moja mała regeneracja po okresie melancholijnej zapaści pisarsko-twórczej.

Byłam wczoraj w kościele. Powinnam powiedzieć że jak zwykle w niedzielę, ale nie jest to takie oczywiste. Do kościoła bowiem z konieczności i z wyboru też chodzę najwyżej raz w miesiącu. Uprawiam kościół i bywam kościołem znacznie częściej i to mnie cieszy. Chodzenie do kościoła nie cieszy. Ale to jest wątek na inną okazję. Dziś chciałam napisać że byłam w kościele i że z niekłamaną radością wysłuchałam kazania (a to mi się zdarza raz na ruski rok).

Kazanie było o gościu – takim co jest gościem w życiu, przybywa do życia w gości, nic nie robi bo jest gościem, oczekuje, że zostanie obsłużony bo gość nic nie musi robić tylko być wielkim. Znam kilku takich “wiecznych gości”. Kazaniu towarzyszył tekst z ewangelii o tym jak Jezus pomimo że był Panem i Bogiem zniżył się żeby umyć uczniom nogi. Pomimo że był gościem na ziemi przyjął rolę gospodarza – usługującego innym. Fajne. Ale najbardziej w kazaniu podobało mi się to, że postawa chrześcijańska i chrześcijaństwo generalnie zostało zdefiniowane nie poprzez poziom uniesień duchowych czy przez częstotliwość wykonywania obowiązków chrześcijańskich typu modlitwa, czytanie biblii, uczęszczanie na nabożeństwa, ale poprzez bycie gospodarzem dla innych, służenie innym. I to jest dla mnie clue. Pewien pastor nazwał taką postawę ewangelią obywatelską i chyba miał na myśli coś gorszego niż “prawdziwa” ewangelia.

Ewangelia obywatelska to taka, która widzi człowieka razem z jego potrzebami, które trzeba zaspokoić (i nie o zachciankach mowa). Potrzebami nie tylko duchowymi, ale wszelkimi. Traktuje człowieka jak człowieka a nie jak dane statystyczne lub przestrzeń do zaistnienia dla duchowieństwa.

Ewangelia obywatelska to taka, która chce tak samo traktować człowieka, bez względu na jego pozycję społeczną, przynależność kościelną, stan posiadania i miejsce zamieszkania.

Farmer uprawiający kawę w Etiopii ma takie same potrzeby życiowe jak współspacz z ławki w kościele. Jak być gospodarzem a nie gościem w życiu? Współspacza z ławki w kościele możesz zabrać na kawe, pogadać, może ma zmartwienie o którym chce pogadać, a może ma inny powód do tego żeby spać w ławce w kościele. I możecie wypić kawę Fair Trade, której zakup pomoże farmerowii w Etiopii przeżyć i wyżywić rodzinę. Obie te rzeczy wyglądają na zachowanie gospodarza. Grzanie ławek w kościele to postawa gościa, który jest i nic nie musi robić bo jest wielkim gościem.

28
sty
09

Emergent po naszemu

Słyszałam już tyle komentarzy od przeróżnych ludzi na temat tego jaki to emergent straszny i heretycki i diabelski i nie wiem jaki jeszcze. Jednakowoż ci sami ludzie mają poważny problem z wyjaśnieniem na czym emergent polega i dlaczego jest heretycki.

Znalazłam (dokładnie to mój mąż wygrzebał) taki artykulik, który choć krótki to wzbudził we mnie spore emocje, właśnie dlatego, że prezentuje postawę opisaną w akapicie powyżej.

Według Etheridge’a, Emerging church – znany ze swojej elastyczności w doborze współczesnych form i metod dopasowanych kulturowo – wybiera to co dobre z przeszłości chrześcijaństwa przedstawiając jednocześnie wiarę w bardzo współczesny sposób.

Ci, którzy znają ten ruch, mówią, że jego członkowie starają się żyć wiarą w, jak twierdzą – postmodernistycznym społeczeństwie, podczas gdy ich liderzy często bywają bardzo krytyczni wobec tradycyjnych kościołów ewangelicznych, przypisując często większą wartość dobrym uczynkom i społecznej aktywności.

Z powyższego wynika że emergent (emergent a emerging church – niektórzy rozróżniają te dwa pojęcia, jednak ze sposobu w jaki napisany jest ten tekst wnioskuję że autor nie czyni rozróżnienia) to jest:

- elastyczność w doborze form

- stosowanie metod dopasowanych kulturowo

- wybieranie z przeszłości chrześcijaństwa dobrych rzeczy (i chyba w domyśle stosowanie ich)

- przedstawianie wiary we współczesny sposób

- życie wiarą w społeczeństwie w którym przyszło nam żyć

- krytyka wobec ortodoksyjnych kościołów

- przypisywanie wielkiej wartości dobrym uczynkom i społecznej wrażliwości

No i pięknie. I mój emergent taki właśnie jest (albo raczej zaczyna być). Nie widzę tu ani jednej grzesznej rzeczy. Zresztą akapit dalej cytowany duchowny przyznaje:

… powinniśmy przyklasnąć większości ze stosowanych przez nich metod i sposobów, a nawet je zastosować we własnych kościołach …

No to o co chodzi? Wszystko zawiera się w dalszym ciągu tego akapitu:

… ruch [emergent] napędzany jest przez dawne filozoficzne trendy podważające fundamenty wiary chrześcijańskiej – zapisane Słowo Boga.

i troche wcześniej:

Jeśli kościoły, które kierują się zasadą Sola Scriptura (tylko Biblia) nie zareagują na zaniepokojone głosy odnośnie Emerging Church, możemy stracić całe pokolenie wierzących.

Więc jeszcze raz i w tłumaczeniu z uczonego na nasze:

1. Emergent jest heretycki, bo napędzany jest przez jakieś dawne filozoficzne trendy (bliżej nieokreślone, ciekawe czemu?), które rzekomo podważają fundament wiary którym jest ZAPISANE słowo Boga. Jakub pisze że wiara bez uczynków martwa jest. Emergent nie wycina Biblii z chrześcijaństwa, ale kładzie nacisk na to by ta Biblia nie leżała plackiem jak kamienny fundament ale raczej była zasadą działania – bardzo praktycznego codziennego życia. Nie służyła li tylko do medytacji i usztywniania dogmatów, ale raczej do ciągłego weryfikowania własnych postaw społecznych i związanych z nimi praktycznych działań. Stąd nacisk na społeczny wymiar wiary. A mówienie w takim kontekście o SOLA SCRIPTURA jest nieporozumieniem. No chyba że autorowi chodzi o to że poza pismem chrześcijanin nie powinien widzieć nic innego ani zajmowac się niczym innym.

2. Emergent jest zły, bo grozi utratą trzódki, a wiadomo powszechnie, że to jest najwyższy priorytet kościołów zinstytucjonalizowanych – rząd dusz. Tu nie potrzeba komentarza, znamy to z praktyki. Stąd też ktytykowanie instytucjonalnego kościoła jako posiadającego cele inne niż przynoszenie ludziom dobrej nowiny.

Sumienie nakazuje mi dopisać jeszcze jedną rzecz, z którą to związany jest mój prywatny emergent, moja prywatna wiara. Każda z wielkich religii tego świata ma swoje hopla, swój fundamet, if you wish, który ma być dla wyznawców najważniejszy. W katolicyźmie (z grubsza) jest to święta tradycja, w protestantyźmie powstałym na proteście wobec katolicyzmu jest to Biblia (Sola Scriptura), w innych religiach objawienia pochodzące od poszczególnych proroków. Każda z tych religii zmutowała swój fundament, niekiedy doprowadzając do absurdów. Protestantyzm tak się zapętlił w uznawaniu Biblii i tylko Biblii, tak okopał się sztywnymi na kamień doktrynami, tak wywyższył słowo zapisane, że zupełnie zatracił z oczu powód swojego istnienia – kościół powołany został przecież po to by nieść dobrą nowinę tym, którzy jej jeszcze nie słyszeli. Doktryna stała się ważniejsza niż człowiek – jakby ktoś potrzebował przypomnienia to właśnie dokładnie za to Jezus tępił faryzeuszy.

22
sty
09

Hussein w Białym Domu

Ale nie Saddam Hussein – prezydent Barak Hussein Obama. Symboliczne? – może, symptomatyczne? – wątpię. Raczej nic się nie zmieni. Tylko usłyszeć jak prezydent USA mówi – Ja … Hussein… – bezcenne.

Niektórzy twierdzą że to apokaliptyczne wręcz – że czarny, że czterdziesty czwarty, itp itd…

Nie jestem wielkim fanem teorii spiskowych, szczególnie tych apokaliptycznych, ale jedna przykuła dziś moja uwagę. Znajomy podesłał filmik z tuby o czipach wielkości ziarnka ryżu wszczepianych pod skórę w celach głównie identyfikacyjnych, ale nie tylko. Pamiętam, że już 10 lat temu się o tym mówiło i snuło teorie spiskowe – że ze względu na sposób zasilania baterii tychże czipów najlepsze miejsce do ich wszczepienia to prawa dłoń lub czoło i że brzmi to wprost jak z biblijnego objawienia. Niech mówią co chcą, ja sama szczerze w to wątpię. Ale jednak w samym pomyśle jest coś apokaliptycznego. Załóżmy że pomysł się sprawdzi, i jako wygodny i ułatwiający wszystkim życie zostanie rozpropagowany, po czym uznany za najbezpieczniejszy (plastikowe karty i dowody można ukraść, podrobić) i przez to najlepszy do szerokiego stosowania. W międzyczasie ludzkość udoskonali system komunikacji elektronicznej, tak że nie będzie hakerstwa i przestępstw elektronicznych. I będziemy mieli doskonały system czipowy w zasięgu ręki – czemużby nie uczynić go zasadniczym i powszechnie obowiązującym?

A teraz wyobraźmy sobie że takie narzędzie znajdzie się w rękach współczesnego Hitlera lub Stalina, który mając dostęp do centralnie przechowywanej i manipulowalnej informacji o każdym człowieku będzie chciał wzmocnić swoją pozycję, zniszczyć wrogów i innych niewygodnych ludzi. Że to niemożliwe? Niektórym do dzisiaj wydaje się niemożliwe to, co wydarzyło się ponad pół wieku temu. Nazizm był przecież niemożliwy, przecież żaden rozsądny człowiek nie opowiedziałby się za nazizmem. A jednak w Niemczech w latach trzydziestych po stronie Hitlera stanęli najwspanialsi przedstawiciele tego kraju, z hierarchami kościoła włącznie. Zostali ugotowani jak przysłowiowa żaba – powoli, bardzo powoli i subtelnie.

Niektórzy chrześcijanie wierzą, że mogą żyć jak chcą a jak przyjdzie dzień pieczętowania to oni bohatersko powiedzą NIE, umrą śmiercią męczeńską i pójdą do nieba. Kiedyś pewien kaznodzieja powiedział że biblijne pieczętowanie nie będzie początkiem tylko końcem procesu odsiewania wiernych od niewiernych. Że podobnie jak hodowcy bydła nie znaczą ukradzionych sztuk, tylko takie, które kupili, które żywią i które są do nich przyzwyczajone. Stemplują te, które już do nich należą! Szatan też przystempluje to co do niego należy. Jeśli dajesz się podgrzewać jak żaba i nie czujesz wzrastającej temperatury to nie zauważysz jak cię przystemplują bo będzie to dla ciebie najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ale jeśli masz w sobie barometr wewnętrzny to daj Boże żebyś zauważał subtelne znaki ocieplenia klimatu wokół siebie – to że ludzie dzisiaj już dzielą się na lepszych i gorszych, to że kościół nie wzywa do kochania człowieka obok kimkolwiek by był, tylko raczej do podtrzymywania poprawności doktrynalnej, że pieniądze są ‘twoje’ i masz prawo zrobić z nimi co tylko chcesz, że jest ci wszystko jedno ile ludzi cierpi produkując kawę którą tak lubisz, ważne że jest tania… Wymieniać można by do świtu, tego za tydzień. Chodzi o to, że zatracamy umiejętność kochania drugiego człowieka i tłumaczymy to brakiem czasu, pieniędzy, kryzysem, czystością doktrynalną, czystością rasową, bezpieczeństwem narodowym, wojną z terroryzmem, względami ekonomicznymi, przyszłością naszych dzieci, prawem do wolności…

I apologetycznie przepraszam że ostatnio tak dołująco, kryzys panie dzieju, kryzys…

12
gru
08

święta

Kiedyś przeczytałam że Polacy nie umieją świętować. Znaczy umieją, ale po swojemu – najeść się do oporu i zalać półlitrem albo dwoma. A to nie jest świętowanie.

Nie cierpię świąt, szczególnie tych grudniowych. Tak, jestem jak smerf maruda, po prostu nie cierpię tego co inni lubią i już. Powody? A pewnie że mam.

1. samotność wielu ludzi, którzy odsunięci na bok społeczeństwa nie wiedzą co ze sobą zrobić – nawet jeśli są specjalne wydarzenia dla bezdomnych, dla opuszczonych starych ludzi, dla innych niewygodnych i niewidocznych ludzi, to są to wydarzenia na dzień, dwa lub tydzień przed wigilią. Samą wigilię i święta ci ludzie spędzają poza zasięgiem wzroku dobrodziejów

2. wszędobylska hipokryzja – już w dzieciństwie zobaczyłam że można w wigilię rano zwyzywać się od najgorszych, szantażować emocjonalnie, zadręczać psychicznie (a wszystko to ze zmęczenia przygotowaniami) albo po prostu się nienawidzić, żeby potem wieczorem zawiesić te uczucia na kilka godzin i powrócić do nich ze zdwojoną siła następnego dnia.

3. zakupomania – okazuje się że prezent zrobiony własnoręcznie, skromny już nie wystarcza, że trzeba się poddać histerii zakupów i obdarować najbliższych tym najlepszym co w sklepach jest.

4. obżarstwo – nie trzeba tłumaczyć, może tylko powiem że w mojej rodzinie odmowa nażarcia się jak prosie jest policzkiem i obrazą dla gospodyni domu, bo ona się tak strasznie stara a ty gardzisz… kiedyś powiedziałam mamie, że wolę święta z dwoma przyprawami na krzyż i z brudnymi oknami ale z odrobiną miłości, to o mało w twarz nie dostałam

5. duchowa nędza – sprzedaliśmy święta, już dawno nikt nie pamięta o co chodzi, że jakiś maniak przyszedł żeby wyzwolić nas z łapsk tego wszystkiego co w imię jego narodzin traktujemy obecnie jako nasze największe i najważniejsze bóstwa.

Podobno najwięcej samobójstw ma miejsce w święta BN i w noc sylwestrową. Nigdy nie widziałam takich statystyk na własne oczy, ale słyszałam kilkukrotnie, więc coś w tym musi być. Ktoś zastanawiał się nad tym dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w takie rodzinne, ciepłe, pełne dobroci, fantastyczne święta ktoś chciałby się zabić? Pewnie po to, żeby popsuć nastrój innym. Ja też kiedyś miewałam depresyjne i samobójcze nastroje – zazwyczaj w wigilię, sylwestra i czasem w wakacje.

Podobno najczęstszą przyczyną samobójstw jest samotność, niemożność bycia zauważonym i usłyszanym. Na ten temat też nigdy nie czytałam statystyk, to co mam to raczej wiedza powszechna, gdzieś widziana i gdzieś zasłyszana. No i z własnego doświadczenia – bo choć (Bogu dzięki) żadna z moich prób samobójczych nigdy nie doszła do skutku, to wiem co mnie popychało w tym kierunku – właśnie samotność. Wierzę i doświadczam tego od kilku lat, że każdy problem jest do rozwiązania jeśli tylko nie dźwiga się go samemu.

Gdybym miała wybór odwołałabym te święta.

17
wrz
08

klub dla pań

Przeczytałam dzisiaj niezwykle ciekawy post na jednym z moich ulubionych blogów – genderblox, w którym autorka opisuje nieco ze zwyczajów społeczności kobiet w kulturze muzułmańskiej. Zaskoczył mnie bardzo ten wpis, bardzo pozytywnie zaskoczył. Ponieważ na co dzień mam dużo do czynienia z osobami pochodzącymi z innej kultury, często wydaje mi się że jestem bardzo świadoma zarówno inności kulturowej jak i – przez kontrast – swojej własnej kultury i wpływu tejże na moje postrzeganie świata i postępowanie. Ten wpis uświadomił mi jak niewiele wiem i jak wąskie jest moje postrzeganie kultury, jak bardzo ograniczone do postrzegania kultury zachodniej jako jedynej prawdziwej kultury. Aż mi wstyd. Ale jednocześnie cieszę się bardzo i dziękuję autorce za ten niezwykle odświeżający i ożywczy powiew z innego świata.

W kontekście tego wpisu przypomniał mi się pewien artykuł znaleziony milion lat temu na onecie. W tymże artykule napisano:

Wprawdzie kapłaństwo u katolików jest zarezerwowane dla mężczyzn, ale przecież duchowieństwo stanowi niewielki procent wszystkich wiernych. Badania socjologiczne potwierdzają ogólną tendencję, że nasze parafie tętnią życiem głównie dzięki kobietom.

No i tak sobie pomyślałam że w kulturze zachodu kościół (przynajmniej protestancki) jest takim odpowiednikiem islamskiego haremu. Oczywiście jesteśmy zwolennikami monogamii, ale tylko fizycznej. Na poziomie społecznym i emocjonalnym kościół funkcjonuje jak harem – pastor – mężczyzna, mający do pomocy kilku pomocników (starszych, funkcyjnych) zawiaduje grupą kobiet i nieaktywnych mężczyzn (pozostających jednak w mniejszości). Kobiety są przygotowywane do roli cichych, uległych, nieaktywnych i nieodzywających się, pozostających pod opiekuńczymi skrzydłami pastora/kościoła/haremu. Dzięki temu skromnemu wglądowi w kulturę wschodu zaczynam rozumieć dlaczego kobiety w naszych kościołach chętnie pozostają w tych cichych i usłużnych rolach i czemu tak bardzo bronią się przed wyzwoleniem ich z tych okowów. To dla nich bezpieczne miejsce, ochraniany mocą pastora wygodny klub dla pań, miejsce spotkań z przyjaciółkami, miejsce kultywowania wewnętrznej, ukrytej przed światem kultury kobiet.

No i po co ja się szarpię żeby to zmienić?

03
wrz
08

milcząca obecność

Czytam ostatnio książkę Elżbiety Adamiak pod tytułem właśnie “Milcząca obecność”. Książka ma dość skromne gabaryty, a mimo to treść powala – zarówno ilością argumentacji jak i ilością tejże. Skoncentrowana jest wokół kobiecej obecności w kościele i komentowania na różne sposoby jak i dlaczego ta obecność jest właśnie milcząca. Po prostu cudo, polecam każdemu.

Ale przypomniałam sobie o niej dzisiaj bo zdarzyło się coś innego wartego wspomnienia. A może raczej nie zdarzyło się. Ok, koniec tajemniczości. Byłam dzisiaj na praktykach w gimnazjum (tak, zamierzam zostać nauczycielką). Praktyki na razie polegają tylko na obserwowaniu. Miałam obserwować nauczycielkę i stosowane metody nauczania, ale moja natura wzięła jednak górę i zamiast nauczycielki obserwowałam uczniów. Byłam na kilku lekcjach i na wszystkich widziałam to samo – chłopcy bardzo wyraźnie zaznaczali swoją obecność, na różne sposoby – rzucając się różnymi rzeczami, ostentacyjnie szurając krzesłami, przekomarzając się z nauczycielką, prowadząc głośne rozmowy, podlizując się nauczycielce, lub chociażby przyjmując niestandardową postawę na krześle. Wydawało mi się, że nie miało większego znaczenia czy zrobią dobre czy złe wrażenie, byleby tylko ściągnąć na siebie uwagę. A dziewczynki? Jakby ich nie było – grzeczne, ciche, spokojne, odzywające się tylko gdy nauczycielka skieruje pytanie bezpośrednio do nich. Wzorowe aż do obrzydzenia. I nie chodzi mi o to że powinny teraz nie wiadomo co robić, chodzi o to że były praktycznie niezauważalne.

Wydaje mi się, że jak ja chodziłam do szkoły to obie płcie w równy sposób zwracały na siebie uwagę, podlizywały się lub łobuzowały, nie przypominam sobie większych różnic. Czyżby młode pokolenie dziewcząt było już tak wytresowane, że nawet potrafi oprzeć się wewnętrznemu pragnieniu połobuzowania trochę? A chłopcy wręcz przeciwnie, chyba czują się do takich zachowań zachęcani, bo widocznie im się to podobało, nie mieli strachu ani wstydu, kiedyś jednak mieli trochę więcej.

Co taka dziewczynka, która od najmłodszych lat jest uczona cichości i grzeczności oraz tego, że to wszystko co jej nie przystoi, w przypadku chłopców jest wysoce pożądane, co ona wniesie do społeczeństwa? Boję się myśleć, bo wyobrażam ją sobie jako wieczną ofiarę. A później ktoś powie, że to jej wina że w odpowiednim momencie nie odeszła od męża, który ją krzywdził. Jak ma odejść, skoro od zawsze była uczona że nie ma własnego zdania, nie ma nic do powiedzenia, że nikt na nią nie zwróci uwagi, że nikt jej nie będzie słuchał? To on ma prawo do wszelkiej uwagi i każdego zachowania. Ona ma być cicho.

Jeszcze na koniec link, który znalazłam na blogu genderblox. No i jak tu nie być feministką? Edukacja, proszę państwa, edukacja…

01
wrz
08

nie dotyczy

Wpadli do nas goście, zaprzyjaźnione małżeństwo w wieku podobnym do naszego i w sytuacji małżeńskiej podobnej do naszej. Miło było, fajnie się gadało i wogóle. Aż doszło do feminizmu. Znowu dowiedziałam się że feminizm jest antychrześcijański i godzi w odwieczny porządek męsko-damskich relacji. No cóż, powinnam już być do tego przyzwyczajona. Ale tknęło mnie coś innego i nie do końca wiedziałam jak to nazwać.

Dowiedziałam się wczoraj. Wczoraj w nocy zadzwonił stary przyjaciel i rozmawialiśmy na mnóstwo różnych tematów. Rozmawialiśmy też (na boku niejako, czy też jako przerywnik pomiędzy innymi ważnymi tematami) o pewnej książce z zakresu teologii feministycznej którą miał mi dostarczyć a zamiast tego zaczął ją sam czytać. Wybaczam. Powiedział, że książeczka zainteresowała pomimo, że nie do końca go dotyczy. Milusio.

Nasza gościa (bo gość w tej części rozmowy raczej nie brał udziału) też nie jest zainteresowana feminizmem. Podawała wiele powodów, ale ze wszystkich przebijał jeden – feminizm nie jest jej do niczego potrzebny. Ma fajnego, kochającego męża, takiego co to tylko pozazdrościć, niczego im raczej nie brakuje, kobitka się spełnia, nie bywa poniżana… No więc do czego miałaby w ogóle potrzebować feminizmu?

Pana przyjaciela raczej nie dotyczy, gościny nie dotyczy, mojego męża zasadniczo też nie dotyczy, więc rozumiem jego opór (na przemian z tolerancją). Tylko dlaczego dotyczy mnie? Mi też niczego nie brakuje, mam kochającego cudownego męża, zasadniczo prócz pieniędzy niczego nam nie brakuje. No więc po co ja się wychylam spod mojego wygodnego klosza i zachowuję się “jakby nie wiem jaka krzywda mi się działa”? Dlaczego, do jasnej cholery, w ogóle zależy mi na czymś, co mnie nie dotyczy?

Może dlatego, że ja tak postrzegam swoje chrześcijaństwo. Biblia słowami poszczególnych jej autorów uczy mnie, że ewangelia to dobra nowina dla tych, którzy jej potrzebują – dla ubogich, umęczonych, głodnych i spragnionych. Ci ustawieni, zaspokojeni nie potrzebują ewangelii, mają już wszystko. Chcę pomóc tym kobietom, które same nie umieją zadbać o siebie, które za pomocą kultury i innych czynników w męskich i damskich rękach zostały zmuszone do zaakceptowania rzeczywistości, która jest dla nich niemiła, męcząca lub wręcz oprawcza. Dlaczego ja? A dlaczego nie? Co mi po całej mojej choćby nie wiem jak poprawnej teologii i doktrynie, jeśli nie umiem kochać drugiego człowieka, który/a jest w potrzebie? Teologia i doktryna nie nauczyły mnie jak kochać ludzi dookoła mnie, może feminizm mnie nauczy. Dopiero zaczynam i jeszcze nie wiem co i jak zrobić. Wiem jednak, że gdybym miała czelność gwałconej żonie alkoholika powiedzieć ’sama jesteś sobie winna, sama się w to wpakowałaś, to się sama wyplącz’, to nie miałabym odwagi nazywać się naśladowczynią Chrystusa. I nie chodzi o to, że niby ja już wszystko wiem i taka doskonała jestem. U mnie to wszystko na razie w teorii, ludzie, którzy potrafią tak żyć są moimi bohaterami.

17
gru
07

Samozagłada

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że feminizm jest bez sensu, bo ideologicznie dąży do samozagłady. Chodzi o to, że założenia feminizmu (tzw. minimum feministyczne – 1. kobietom dzieje się krzywda, 2. można i trzeba ten stan zmienić, 3. muszą tego dokonać kobiety, nikt nie zrobi tego za nie) jeśli dojdą do głosu i odniosą sukces, to unicestwią feminizm ideowy, który nie będzie już potrzebny.

Na południu USA nastąpiło uwolnienie niewolników, w związku z czym sytuacja uwolnionych uległa znacznemu pogorszeniu. W świetle prawa byli wolni, ale ponieważ nie byli wykształceni nie mogli zdobyć innej pracy niż ta, którą mieli do tej pory. Pracowali u tych samych właścicieli ziemskich, ale ci zaczęli za pracę płacić. Niewolnik nie był już niewolnikiem, pracował, jadł i mieszkał korzystając z wolności, nie był niczyją własnością a więc nikt nie miał obowiązku go utrzymywać. Okazało się że większość “uwolnionych” musiała za jedzenie i miejsce do spania zapłacić więcej niż byli w stanie zarobić. Każdy rok wolności powiększał ich długi. Wolność, ale tylko pozorna, bo dotychczasowi właściciele dzięki dobrze rozwiniętemu systemowi represji byli w stanie równie sprawnie jak wcześniej krępować dotychczasowego niewolnika. Nie zniknęło zniewolenie, zmienił się jedynie sposób zniewolenia.

Która z nas nigdy nie słyszała “same tego chciałyście” w odpowiedzi na apel o równe rozłożenie obowiązków domowych i innych? Skoro chciałam wolności, to znaczy, że można wycelować we mnie dobrze przez wieki rozwiniętym systemem represji? Chciałaś pracować zawodowo, chciałaś zarządzać swoją płodnością? A masz, a masz – musisz teraz być idealną pracownicą, idealną matką i idealną żoną, wszystko na raz… Niezależna ekonomicznie kobieta nierzadko płaci za to okrutną samotnością i wykluczeniem towarzyskim.

W połowie ubiegłego wieku, gdzieś na południu stanów ktoś wpadł na genialny pomysł – aby polepszyć sytuację czarnych wprowadzono segregację rasową. Separated, but equal. Jaki był efekt? – KKK, publiczne lincze, zamknięcie drogi do awansu społecznego.

Kobiety też coś sobie wywalczyły, ale ponieważ zagrażają sytuacji mężczyzn, trzeba je umiejętnie szufladkować – parytet, partia kobiet… trzeba pokazać kobietom, że ich miejsce jest tam gdzie się im pokaże – w specjalnie dla kobiet wyznaczonych miejscach. Idź kobieto, realizuj się tam, gdzie ci pokażą, gdzie ci wolno, a potem wracaj do domu, sprzątaj, gotuj i ródź dzieci…

A o tym jak kobiety zagrażają kulturze i cywilizacji następnym razem…