Archiwum kategorii 'refleksje'

15
cze
09

nie wiem

no po prostu nie wiem jak to nazwać

chodzi za mną jak cień ostatnio pewna myśl

filozofia pewnie nazwała to już dawno temu ale nie siedzę w filozofii wystarczająco głęboko żeby to wiedzieć

Oglądałam ostatnio kilka filmów i seriali które zakładały wyginięcie większości ludzkości w wyniku kataklizmów, ataków nuklearnych lub epidemii oraz pokazywały późniejsze odbudowywanie struktur społecznych. Mój mąż ogląda pewien brutalny w wyrazie serial (a ja czasami podglądam) o tym jak budowało się struktury społeczne w trakcie “zdobywania” terytoriów na zachodzie Północnej Ameryki. Wniosek po oglądaniu takich rzeczy nasuwa się jeden – ludzie to bestie skąpo przyodziane w reguły współżycia społecznego.

Mój anarchizm w tej sytuacji trzeszczy w podstawach. No bo skoro człowiek to bestia, która jak tylko urwie się z łańcucha misternie przez wieki budowanej cywilizacji, wraca natychmiast do pierwotnych instynktów zabijania, to ktoś jest potrzebny żeby tę dzicz jakoś ogarnąć – rządy, władze, wojska i inne instytucje stworzone do zarządzania, kierowania, kontrolowania… Zastanawiam się czy te filmy i seriale nie są tworzone właśnie po to, żeby ludzie przerażeni wizjami im przedstawianymi (jak nie będzie komu rządzić to otoczą cię bestie) cieszyli się że mają rząd, cywilizację, instytucje, walkę o władzę i pieniądze. Człowiek przerażony tym, że z drugiego człowieka może wyjść bestia, jeśli nie będzie odgórnej kontroli, łatwiej poddaje się choćby i najgłupszym wybrykom władzy. Bo lepsza władza niedoskonała niż żadna.

BTW taka wizja bestii w nas, która musi być kontrolowana z zewnątrz chyba kłóci się z ewolucjonistyczną teorią o tym jak to zasady moralne wyewoluowały bo musiały. Myślę, że człowiek stworzył zasady współżycia społecznego jak wszczepiona mu moralność zaczęła uwierać za bardzo i jak zorientował się że instytucje uwolnią go od ciągłego i samodzielnego kontrolowania własnej bestii.

Ja będę wierzyć że człowiek stworzony jest jako dobry, zepsuty jest grzechem, ale jeśli zdecyduje zmienić swoją wewnętrzną bestię (grzech) i otrzyma ponadnaturalne wsparcie stworzyciela (wierzę że dostępne dla każdego kto chce), to nie musi bestią być, choćby nawet żadnej zewnętrznej kontroli nie było, bo kontrola będzie wewnątrz.

I to jest właśnie dobra nowina.

11
maj
09

regeneracja

Taka moja mała regeneracja po okresie melancholijnej zapaści pisarsko-twórczej.

Byłam wczoraj w kościele. Powinnam powiedzieć że jak zwykle w niedzielę, ale nie jest to takie oczywiste. Do kościoła bowiem z konieczności i z wyboru też chodzę najwyżej raz w miesiącu. Uprawiam kościół i bywam kościołem znacznie częściej i to mnie cieszy. Chodzenie do kościoła nie cieszy. Ale to jest wątek na inną okazję. Dziś chciałam napisać że byłam w kościele i że z niekłamaną radością wysłuchałam kazania (a to mi się zdarza raz na ruski rok).

Kazanie było o gościu – takim co jest gościem w życiu, przybywa do życia w gości, nic nie robi bo jest gościem, oczekuje, że zostanie obsłużony bo gość nic nie musi robić tylko być wielkim. Znam kilku takich “wiecznych gości”. Kazaniu towarzyszył tekst z ewangelii o tym jak Jezus pomimo że był Panem i Bogiem zniżył się żeby umyć uczniom nogi. Pomimo że był gościem na ziemi przyjął rolę gospodarza – usługującego innym. Fajne. Ale najbardziej w kazaniu podobało mi się to, że postawa chrześcijańska i chrześcijaństwo generalnie zostało zdefiniowane nie poprzez poziom uniesień duchowych czy przez częstotliwość wykonywania obowiązków chrześcijańskich typu modlitwa, czytanie biblii, uczęszczanie na nabożeństwa, ale poprzez bycie gospodarzem dla innych, służenie innym. I to jest dla mnie clue. Pewien pastor nazwał taką postawę ewangelią obywatelską i chyba miał na myśli coś gorszego niż “prawdziwa” ewangelia.

Ewangelia obywatelska to taka, która widzi człowieka razem z jego potrzebami, które trzeba zaspokoić (i nie o zachciankach mowa). Potrzebami nie tylko duchowymi, ale wszelkimi. Traktuje człowieka jak człowieka a nie jak dane statystyczne lub przestrzeń do zaistnienia dla duchowieństwa.

Ewangelia obywatelska to taka, która chce tak samo traktować człowieka, bez względu na jego pozycję społeczną, przynależność kościelną, stan posiadania i miejsce zamieszkania.

Farmer uprawiający kawę w Etiopii ma takie same potrzeby życiowe jak współspacz z ławki w kościele. Jak być gospodarzem a nie gościem w życiu? Współspacza z ławki w kościele możesz zabrać na kawe, pogadać, może ma zmartwienie o którym chce pogadać, a może ma inny powód do tego żeby spać w ławce w kościele. I możecie wypić kawę Fair Trade, której zakup pomoże farmerowii w Etiopii przeżyć i wyżywić rodzinę. Obie te rzeczy wyglądają na zachowanie gospodarza. Grzanie ławek w kościele to postawa gościa, który jest i nic nie musi robić bo jest wielkim gościem.

20
sty
09

byłam w Amway-u

A było to tak…

Miałam lat 19, zdaną maturę, brak pracy i pieniędzy na kształcenie się, za sobą nieudany choć długi jak na nastolatkę związek, przyjaźnie polegające na wspólnym piciu, brak chęci na cokolwiek i wypisany na twarzy wielkimi literami ból istnienia. Zjawił się on – mój kuzyn i powiedział że już nigdy nie będę musiała martwić się ani o przyjaźnie ani o pieniądze bo Amway da mi to wszystko. Trochę się wahałam, ale parę razy zobaczyłam prezentację, wymyśliłam i zwizualizowałam swoje marzenia… i się nawróciłam. To była euforia. Nic nie trzeba było sprzedawać, tylko szukać ludzi, którym można by sprzedać pomysł nic nie sprzedawania tylko szukania ludzi… A że ja nie cierpię sprzedawać i lubię ludzi to wydawało się najprostszą robotą na świecie. I jeszcze te wspaniałe konferencje i tysiące rozentuzjazmowanych ludzi wokół. I znowu świat był piękny. Przez kilka miesięcy. Emocjami nie da się całego życia rozegrać, a już z pewnością człowiek taki jak ja nie jest w stanie emocjami zarabiać.

A teraz wstaw kochany czytelniku Protestantyzm w miejsce po Amway-u.

No jasne że to nie to samo. Protestantyzm nie mówi człowiekowi że ma nic nie robić, tylko wierzyć. Protestantyzm nie mówi, że najważniejszą rzeczą jest lojalność wobec organizacji, słuchanie nauk płynących z pulpitu i szukanie nowych adeptów do wierzenia i nic nie robienia. Adepci protestantyzmu nie wyszukują ludzi słabych, rozbitych i w trudnej sytuacji by ich wkręcić w swój system dobrego samopoczucia i nic nie robienia. Jesteśmy trenowani w akwizycji.

Jedną przewagę miał Amway – ustawiał kobiety na równi z mężczyznami.

12
gru
08

święta

Kiedyś przeczytałam że Polacy nie umieją świętować. Znaczy umieją, ale po swojemu – najeść się do oporu i zalać półlitrem albo dwoma. A to nie jest świętowanie.

Nie cierpię świąt, szczególnie tych grudniowych. Tak, jestem jak smerf maruda, po prostu nie cierpię tego co inni lubią i już. Powody? A pewnie że mam.

1. samotność wielu ludzi, którzy odsunięci na bok społeczeństwa nie wiedzą co ze sobą zrobić – nawet jeśli są specjalne wydarzenia dla bezdomnych, dla opuszczonych starych ludzi, dla innych niewygodnych i niewidocznych ludzi, to są to wydarzenia na dzień, dwa lub tydzień przed wigilią. Samą wigilię i święta ci ludzie spędzają poza zasięgiem wzroku dobrodziejów

2. wszędobylska hipokryzja – już w dzieciństwie zobaczyłam że można w wigilię rano zwyzywać się od najgorszych, szantażować emocjonalnie, zadręczać psychicznie (a wszystko to ze zmęczenia przygotowaniami) albo po prostu się nienawidzić, żeby potem wieczorem zawiesić te uczucia na kilka godzin i powrócić do nich ze zdwojoną siła następnego dnia.

3. zakupomania – okazuje się że prezent zrobiony własnoręcznie, skromny już nie wystarcza, że trzeba się poddać histerii zakupów i obdarować najbliższych tym najlepszym co w sklepach jest.

4. obżarstwo – nie trzeba tłumaczyć, może tylko powiem że w mojej rodzinie odmowa nażarcia się jak prosie jest policzkiem i obrazą dla gospodyni domu, bo ona się tak strasznie stara a ty gardzisz… kiedyś powiedziałam mamie, że wolę święta z dwoma przyprawami na krzyż i z brudnymi oknami ale z odrobiną miłości, to o mało w twarz nie dostałam

5. duchowa nędza – sprzedaliśmy święta, już dawno nikt nie pamięta o co chodzi, że jakiś maniak przyszedł żeby wyzwolić nas z łapsk tego wszystkiego co w imię jego narodzin traktujemy obecnie jako nasze największe i najważniejsze bóstwa.

Podobno najwięcej samobójstw ma miejsce w święta BN i w noc sylwestrową. Nigdy nie widziałam takich statystyk na własne oczy, ale słyszałam kilkukrotnie, więc coś w tym musi być. Ktoś zastanawiał się nad tym dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w takie rodzinne, ciepłe, pełne dobroci, fantastyczne święta ktoś chciałby się zabić? Pewnie po to, żeby popsuć nastrój innym. Ja też kiedyś miewałam depresyjne i samobójcze nastroje – zazwyczaj w wigilię, sylwestra i czasem w wakacje.

Podobno najczęstszą przyczyną samobójstw jest samotność, niemożność bycia zauważonym i usłyszanym. Na ten temat też nigdy nie czytałam statystyk, to co mam to raczej wiedza powszechna, gdzieś widziana i gdzieś zasłyszana. No i z własnego doświadczenia – bo choć (Bogu dzięki) żadna z moich prób samobójczych nigdy nie doszła do skutku, to wiem co mnie popychało w tym kierunku – właśnie samotność. Wierzę i doświadczam tego od kilku lat, że każdy problem jest do rozwiązania jeśli tylko nie dźwiga się go samemu.

Gdybym miała wybór odwołałabym te święta.

17
wrz
08

klub dla pań

Przeczytałam dzisiaj niezwykle ciekawy post na jednym z moich ulubionych blogów – genderblox, w którym autorka opisuje nieco ze zwyczajów społeczności kobiet w kulturze muzułmańskiej. Zaskoczył mnie bardzo ten wpis, bardzo pozytywnie zaskoczył. Ponieważ na co dzień mam dużo do czynienia z osobami pochodzącymi z innej kultury, często wydaje mi się że jestem bardzo świadoma zarówno inności kulturowej jak i – przez kontrast – swojej własnej kultury i wpływu tejże na moje postrzeganie świata i postępowanie. Ten wpis uświadomił mi jak niewiele wiem i jak wąskie jest moje postrzeganie kultury, jak bardzo ograniczone do postrzegania kultury zachodniej jako jedynej prawdziwej kultury. Aż mi wstyd. Ale jednocześnie cieszę się bardzo i dziękuję autorce za ten niezwykle odświeżający i ożywczy powiew z innego świata.

W kontekście tego wpisu przypomniał mi się pewien artykuł znaleziony milion lat temu na onecie. W tymże artykule napisano:

Wprawdzie kapłaństwo u katolików jest zarezerwowane dla mężczyzn, ale przecież duchowieństwo stanowi niewielki procent wszystkich wiernych. Badania socjologiczne potwierdzają ogólną tendencję, że nasze parafie tętnią życiem głównie dzięki kobietom.

No i tak sobie pomyślałam że w kulturze zachodu kościół (przynajmniej protestancki) jest takim odpowiednikiem islamskiego haremu. Oczywiście jesteśmy zwolennikami monogamii, ale tylko fizycznej. Na poziomie społecznym i emocjonalnym kościół funkcjonuje jak harem – pastor – mężczyzna, mający do pomocy kilku pomocników (starszych, funkcyjnych) zawiaduje grupą kobiet i nieaktywnych mężczyzn (pozostających jednak w mniejszości). Kobiety są przygotowywane do roli cichych, uległych, nieaktywnych i nieodzywających się, pozostających pod opiekuńczymi skrzydłami pastora/kościoła/haremu. Dzięki temu skromnemu wglądowi w kulturę wschodu zaczynam rozumieć dlaczego kobiety w naszych kościołach chętnie pozostają w tych cichych i usłużnych rolach i czemu tak bardzo bronią się przed wyzwoleniem ich z tych okowów. To dla nich bezpieczne miejsce, ochraniany mocą pastora wygodny klub dla pań, miejsce spotkań z przyjaciółkami, miejsce kultywowania wewnętrznej, ukrytej przed światem kultury kobiet.

No i po co ja się szarpię żeby to zmienić?

01
wrz
08

nie dotyczy

Wpadli do nas goście, zaprzyjaźnione małżeństwo w wieku podobnym do naszego i w sytuacji małżeńskiej podobnej do naszej. Miło było, fajnie się gadało i wogóle. Aż doszło do feminizmu. Znowu dowiedziałam się że feminizm jest antychrześcijański i godzi w odwieczny porządek męsko-damskich relacji. No cóż, powinnam już być do tego przyzwyczajona. Ale tknęło mnie coś innego i nie do końca wiedziałam jak to nazwać.

Dowiedziałam się wczoraj. Wczoraj w nocy zadzwonił stary przyjaciel i rozmawialiśmy na mnóstwo różnych tematów. Rozmawialiśmy też (na boku niejako, czy też jako przerywnik pomiędzy innymi ważnymi tematami) o pewnej książce z zakresu teologii feministycznej którą miał mi dostarczyć a zamiast tego zaczął ją sam czytać. Wybaczam. Powiedział, że książeczka zainteresowała pomimo, że nie do końca go dotyczy. Milusio.

Nasza gościa (bo gość w tej części rozmowy raczej nie brał udziału) też nie jest zainteresowana feminizmem. Podawała wiele powodów, ale ze wszystkich przebijał jeden – feminizm nie jest jej do niczego potrzebny. Ma fajnego, kochającego męża, takiego co to tylko pozazdrościć, niczego im raczej nie brakuje, kobitka się spełnia, nie bywa poniżana… No więc do czego miałaby w ogóle potrzebować feminizmu?

Pana przyjaciela raczej nie dotyczy, gościny nie dotyczy, mojego męża zasadniczo też nie dotyczy, więc rozumiem jego opór (na przemian z tolerancją). Tylko dlaczego dotyczy mnie? Mi też niczego nie brakuje, mam kochającego cudownego męża, zasadniczo prócz pieniędzy niczego nam nie brakuje. No więc po co ja się wychylam spod mojego wygodnego klosza i zachowuję się “jakby nie wiem jaka krzywda mi się działa”? Dlaczego, do jasnej cholery, w ogóle zależy mi na czymś, co mnie nie dotyczy?

Może dlatego, że ja tak postrzegam swoje chrześcijaństwo. Biblia słowami poszczególnych jej autorów uczy mnie, że ewangelia to dobra nowina dla tych, którzy jej potrzebują – dla ubogich, umęczonych, głodnych i spragnionych. Ci ustawieni, zaspokojeni nie potrzebują ewangelii, mają już wszystko. Chcę pomóc tym kobietom, które same nie umieją zadbać o siebie, które za pomocą kultury i innych czynników w męskich i damskich rękach zostały zmuszone do zaakceptowania rzeczywistości, która jest dla nich niemiła, męcząca lub wręcz oprawcza. Dlaczego ja? A dlaczego nie? Co mi po całej mojej choćby nie wiem jak poprawnej teologii i doktrynie, jeśli nie umiem kochać drugiego człowieka, który/a jest w potrzebie? Teologia i doktryna nie nauczyły mnie jak kochać ludzi dookoła mnie, może feminizm mnie nauczy. Dopiero zaczynam i jeszcze nie wiem co i jak zrobić. Wiem jednak, że gdybym miała czelność gwałconej żonie alkoholika powiedzieć ’sama jesteś sobie winna, sama się w to wpakowałaś, to się sama wyplącz’, to nie miałabym odwagi nazywać się naśladowczynią Chrystusa. I nie chodzi o to, że niby ja już wszystko wiem i taka doskonała jestem. U mnie to wszystko na razie w teorii, ludzie, którzy potrafią tak żyć są moimi bohaterami.

06
gru
07

społeczność

Takie śmieszne słowo, co dla każdego znaczy co innego. Społeczność z wierzącymi to dla wielu synonim spotkania kościelnego, społeczność lokalna to miejscowy świat zewnętrzny, a społeczność ze światem to czasem symbol grzechu. No i jeszcze są internetowe serwisy społecznościowe. Zastanawia mnie to, że protestantom zdaje się, że mają monopol na społeczność – tę między ludźmi a także tę między człowiekiem a Bogiem. I jak tu teraz siostrom i braciszkom z kościoła wyjaśnić, że więcej społeczności doznaję z ateistką w internecie niż z siostrzyczkami i braciszkami w kościele? I mówię tu o niewymuszonej rozmowie dlatego, że się chce a nie dlatego, że trzeba, że wypada, że należałoby…

23
lis
07

feministki raj utracony

Feministki i katoliczki koncentrują się na tym co je dzieli zamiast na tym co łączy. Co je dzieli to z grubsza wiemy, a co je łączy? Ano raj utracony…

Czytałam dzisiaj kilka esejów – jeden o rasistowskiej dominacji rasy białej (matko, jak to okropnie brzmi!), jeden o pornografii, jeden o seksistowskiej dominacji patriarchatu (a co, nie mogło zabraknąć) i jeszcze rozmowę Anny Zawadzkiej z Joanną Tomaszewską właśnie o styku feminizmu i katolicyzmu. Po pobieżnej lekturze znów dochodzę do wniosku że wszyscy ludzie tęsknią za tym samym. Tylko nie wiem jak to nazwać. Może to raj właśnie? A utracony dlatego, że go nie mamy. A jak go straciliśmy? Odruchowo powiedziałabym, że utrata raju to skutek grzechu. Ale osoba, dla której symbolika biblijna jest tylko pustym mitem pewnie musiałaby to nazwać jakoś po swojemu.

Jaki jest ten raj, który utraciliśmy? To taka przestrzeń, w której ludzie się nawzajem szanują, nikt nikogo nie uciska, nie dominuje, wszyscy, bez względu na płeć, rasę i wyznanie są sobie równi, wolni, nieograniczeni zewnętrznie żadnymi więzami, posiadający nad sobą pełną kontrolę, która wcale nie jest uciążliwa a jedynie daje poczucie stabilności. Nikt nikogo nie musi słuchać ale wszyscy są wysłuchani i zrozumiani. Każdy ma prawo wszystko powiedzieć co mu leży na wątrobie, ale okazuje się, że nic nie leży… No niebo normalnie. Ponieważ już dawno przestaliśmy wierzyć w dziadka z siwą brodą zasiadającego na tronie w niebie, to chcemy sprowadzić “prawdziwsze” niebo na ziemię i odzyskać nasz raj za pomocą zestawu praw i obowiązków – to wolno, tego nie wolno, wolności obywatelskich i demokracji, wolności wypowiedzi i zgromadzeń… Prawo musi wkraczać tam, gdzie człowiek zrzuca z siebie własne sumienie. A niebo, raj zdaje się być miejscem gdzie wszystkim wszystko wolno ale jednak nikt nikogo nie krzywdzi. Dlaczego? Nie ma praw, ale są sumienia, i to wystarczy.

To jest właśnie raj, to jest zbawienie – gdzie za pomocą wewnętrznej kontroli, na podstawie własnego sumienia jestem wolna aby nie wyrządzać krzywdy drugiemu człowiekowi. Grzech to odrzucenie tego co w nas najpiękniejsze, sumienia. Jezus mnie zbawił od dominacji grzechu i praw, mogę być feministką i ufać drugiemu człowiekowi, że mnie nie skrzywdzi.

16
lis
07

biserica znaczy kościół

Druga z cyklu opowieści rumuńskich, cały czas o życiu…
Odwiedziliśmy kilka kościołów protestanckich, mieliśmy okazję się pouczyć i poobserwować jak można inaczej. A inne jest to, że tamtejsze kościoły (te, które odwiedziliśmy, nie wszystkie) funkcjonują jako zbiór małych grup. Kościół w którym jest 500 osób jako całość spotyka się 2 razy w miesiącu, ale funkcjonuje na co dzień jako 45 małych grup, które spotykają się raz albo dwa razy w tygodniu jako grupa a nieoficjalnie jeszcze częściej. Oni nie chodzą do kościoła, oni są i żyją jako kościół, jako wspólnota, jako rodzina. I oczywiście, że nie jest idealnie, ale jest o wiele bliżej ideału.

Ale bardzo się starają i robią wiele, aby być rodziną na co dzień a nie znajomymi w niedziele. Spotykają się towarzysko, razem jedzą, razem się bawią, rozmawiają o swoich problemach, o swojej wierze, o swoim życiu codziennym, razem też służą innym. Wewnątrz są rodziną, na zewnątrz zachowują się jak organizacja pozarządowa na miarę możliwości służąca innym spoza rodziny. Miałam możliwość zobaczyć jak poświęcają swój czas wolny na pomoc dzieciom w ośrodku dla zakażonych HIV, na koszenie trawy w parku miejskim, sprzątanie dworca kolejowego, pomoc ubogim rodzinom w mieście itp itd. Wspólna praca na rzecz lokalnej społeczności nie tylko jest pożyteczna ale też bardzo pomaga budować poczucie wspólnoty w grupie.

A w Polsce? Zastanowił mnie fakt, czy raczej obserwacja, taki/a oto: kościół katolicki szeroko pojęty udziela się i pracuje na rzecz lokalnych społeczności, jest mnóstwo inicjatyw świeckich, a tylko kościół protestancki szeroko pojęty jest jakoś mało widoczny w takich działaniach. Dlaczego? Częściowo dlatego, że jest nas bardzo mało. Ale istota sprawy jest chyba głębiej. Jestem w protestantyzmie na tyle długo, że chyba mogę wypowiadać się w imieniu innych wewnątrz. To co obserwuję i słyszę w rozmowach z ludźmi w kościele to chęć usłużenia wszystkim innym ludziom… słowem, ewangelią, nauczaniem, dobrą radą… ale nie fizycznie. Zdaje się, że nie ma w kościołach protestanckich miejsca na usługiwanie innym ludziom ze swoich zasobów pieniędzy, siły, energii, że wszystko opiera się na słowach. Mamy jakiś przerost duchowości i nie zauważamy zwykłych potrzeb zwykłych ludzi, widzimy tylko potrzeby duchowe. Czy zapomnieliśmy że głodnemu nie da się zaspokoić potrzeb duchowych jeśli się go wcześniej nie nakarmi?

A może to spuścizna kalwinizmu, gdzie uczynki nie miały żadnego znaczenia, gdzie wszystko zależało od łaski i od tego czy człowiek przyjął tę łaskę? Pięciopunktowi kalwiniści, obudźcie się! Głodnemu chleb łaską!

14
lis
07

multumesc znaczy dziękuję

Po rumuńsku, bo Rumunia to fascynujący kraj. Jest pięknie i nie-pięknie, radośnie i smutno, biednie i bogato. Rumuni jako ostatni z europejskich narodów przeszli rewolucję, przeprowadzając ją nadzwyczaj szybko, bo w niecały tydzień (16 do 22 grudnia 1989) i nadzwyczaj krwawo. I mimo, że nie wszystko się udało tak jak powinno, że kraj pogrążył się w chaosie, to jednak Rumuni potrafili z trudnej sytuacji wybrnąć. Dziękuję tym, którzy mi umożliwili zobaczenie Rumunii i tym, którzy byli moimi przewodnikami. Dobrze jest zobaczyć to wszystko z bliska, posłuchać opowieści tych, którzy uczestniczyli w rewolucji, zobaczyć jak tamte wydarzenia wpłynęły na dzisiejszą codzienność w tym kraju. Mimo wszystko jest to piękny obraz.

Ale o jednym chcę napisać – stosunku Rumunów do aborcji. Dwa tygodnie temu myślałam że każda kobieta powinna mieć wybór (i pomijam w tym momencie kwestię tego, że to nie tylko kobieta jest za tę decyzję odpowiedzialna, skoro nie tylko ona odpowiedzialna jest za poczęcie). Wierzę, że aborcja w 99% przypadków jest niemoralna, ale i tak wybór powinien należeć do kobiety, nawet jeśli wybierze ona to, co w moim odczuciu jest niemoralne. Byłam zwolenniczką pozostawienia moralności w gestii obywateli i obywatelek, bez regulowania tejże moralności przepisami prawa.

Ale chyba zmieniłam zdanie. W Rumunii aborcja była zakazana przez wiele lat. Do tego stopnia, że kobiety miały regularnie w miejscu pracy przeprowadzane testy ciążowe i w przypadku ciąży następowała “opieka” aparatu państwowego, a usunięcie było równoznaczne z karą więzienia. Po rewolucji w 1989 r. jednym z pierwszych praw ustanowionych przez nowe władze było zalegalizowanie aborcji na życzenie do 14 tygodnia ciąży. Nie dziwię się – mieli serdecznie dość kontroli. Ale w ten sposób w 22 milionowym narodzie w ciągu 18 lat przeprowadzono ponad 16 milionów aborcji. I choć to tylko statystyka, a te zazwyczaj nie wzruszają, to ta liczba jest przerażająca.

Do tej pory byłam przekonana, że żadna kobieta nie będzie pragnęła aborcji, że nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie traktował aborcji hobbystycznie, nawet jeśli będzie społeczne przyzwolenie. Że świadomość konsekwencji towarzyszących aborcji będzie skutecznym zniechęceniem, a w połączeniu z edukacją na ten temat będzie wystarczającym powodem do racjonalizacji podejścia do tematu. Ale w Rumunii to nie wystarczyło. Przeciętna rumuńska kobieta ma w ciągu życia 3 aborcje, a niektóre miały nawet powyżej 10. Więc może społeczne i prawne przyzwolenie nie jest jednak właściwym podejściem? W Rumunii spowodowało lekceważący i przedmiotowy stosunek do ciąży. No i nie wiem już…