Archiwum kategorii 'polityka'

29
paź
07

cuda cudeńka

Cud pierwszy i najważniejszy to zmartwychwstanie… III RP

Ale cudów jest więcej – świat się nie zawalił po przegranej pisowczyków, braci jakby mniej w przestrzeni medialnej, Polska dzielnie opiera się atakom szatana… A dla mnie osobiście cud największy to to, że od paru dni unosi się w powietrzu niewyraźny, ledwie wyczuwalny, jednak nadciągający coraz mocniej atmosferyczny front normalności. Jaka pogoda się z niego rozwinie to się jeszcze zobaczy, ale ten lekki powiew przynosi bardzo sympatyczną świeżość i odrobinę nadziei na przejaśnienia…

Czytałam sobie dzisiaj Tomasza Lisa, i choć nie wszystkie jego wypowiedzi mi się podobają, to jedna mnie zastanowiła. Pan Lis mówi o tym, że w dbałości o słupki oglądalności musiał zapraszać do studia rozmówców, którzy gwarantowali podniesienie ciśnienia u widzów. Gdy zapraszał polityków umiarkowanych, oglądalność spadała, widzowie się nudzili programem. Myślę sobie, że stopień uświadomienia politycznego naszego kochanego narodu, przeciętnego Polaka wciąż jeszcze jest bardzo niski. Do tego stopnia, że jak nikt nie rzuca błotem i nie wali innych po gębie to nie ma co oglądać. Może merytoryczna dyskusja dlatego jest nudna, że pozostaje daleko poza możliwościami zrozumienia? Śmiem twierdzić że to właśnie na tym pan-prezes-były-premier zbił tak ogromny kapitał polityczny. Jak tu budować społeczeństwo obywatelskie, jak wybierać władzę, skoro brak nam podstawowych informacji o tym co ci konkretni ludzie albo ich partia sobą reprezentują?

Państwo POzytywni – ja bardzo proszę, nie zmarnujmy tych, mam nadzieję, 4 lat, pokażcie jak się robi dobrą politykę i edukujcie społeczeństwo, żeby za te 4 lata nie okazało się że znudzony brakiem chamstwa naród zamiast na wybory pójdzie na igrzyska i wybierze tych, którzy będą szybciej i sprawniej błotem obrzucać…

25
paź
07

reaktywacja

Nie da się nie zauważyć, że troszkę sobie odpuściłam na kilka tygodni. Złożyło się na to wiele czynników. Po pierwsze trochę ciężko jest napisać coś sensownego po tym, jak się człowiek tak określi jak ja ostatnio. Po drugie nie bawi mnie wpisywanie się w panujący obecnie ton wypowiedzi publicznej, po prostu nie lubię rzucać się mięsem. Na tydzień przed wyborami zrobiło mi się niedobrze i powstrzymywałam się od komentarzy, żeby kogoś niechcący nie obrzygać. A teraz dzięki woli narodu żyję i piszę w zmartwychwstałej III RP (to ten cud :) ) i całkiem dobrze się z tym czuję. Mam też dziką satysfakcję, bo od kilkunastu lat, odkąd mam prawa wyborcze i odkąd głosuję, po raz absolutnie pierwszy wygrało to, na co JA głosowałam. Prawda, że satysfakcjonujące? Wiem że zmartwychwstała III RP nie będzie krajem cudów, wystarczy mi, że będzie krajem normalniejszym, choć opozycja pewnie zrobi wszystko, by temu zapobiec. Pamiętam wybory prezydenckie sprzed dwóch lat i pamiętam, że na drugi dzień przyszłam do pracy zapłakana. Teraz od kilku dni przychodzę do pracy zadowolona i można powiedzieć, że pełna nadziei :) zobaczymy co będzie dalej.

To tak w ramach reaktywacji i żeby zaznaczyć, że jeszcze żyję i mam się nienajgorzej. Zaległości będę nadrabiać systematycznie. Obiecuję tym nielicznym, którzy mnie czytują :)

11
wrz
07

taniec (z) bosakiem

W niedzielny wieczór, zmęczona szkołą uprawianą przez cały weekend, zmęczona sytuacją w polityce i wszystkim innym postanowiłam zalec przed TV i się troszkę odmóżdżyć… Leciał właśnie taniec z gwiazdami a w nim wielkie osobistości polskiej sceny rozrywkowej i… dwoje posłów ubiegłego już sejmu! Poseł Bosak szarpnął się na pokazanie opinii publicznej że ma ludzkie oblicze, czego nikt po przedstawicielach LPR ani MW z pewnością się nie spodziewał. Patrząc na przedstawienie posła zastanawiałam się w duchu jak on sobie ideologicznie radzi z tańcem tak nasyconym seksem i w ogóle jak się z tym całym przedstawianiem ludzkiej twarzy czuje. Długo się nie zastanawiałam. Chwilę po przestawieniu przyszedł czas na komentarze. Partnerka pana posła powiedziała tylko, że pan poseł nie mógł się przyzwyczaić do tego, że mu kobieta rozkazuje i mówi co ma robić. No jakżeby taki pan poseł miał spokojnie zaakceptować fakt, że ktoś inny może być specjalistą, profesjonalistą w tym, co pan poseł właśnie usiłuje robić, i że ten ktoś to KOBIETA, która chce mu rozkazywać. Nie za dużo państwo od skromnego byłego posła wymagają?

30
sie
07

pozytywna demokracja

Przeczytałam dzisiaj wiele rzeczy. Wywiad z Brodką, że nareszcie jest zakochana i szczęśliwa, bloga Paradowskiej o pamiętaniu dawnych zachowań polityków i wyciąganiu wniosków z tychże, dwa artykuły z Polityki sprzed dwóch czy trzech tygodni – jeden Daniela Passenta “Mówcie o mnie dobrze”o Nixonie i jego wzajemnych z mediami stosunkach i drugi rozmowa z prof. Piotrem Sztompką o zaufaniu, w tym do władzy. Wszystko to razem wzięte i wymieszane w jakiś magiczny sposób zmieniło moje nastawienie do sytuacji w polityce.

Brodka powiedziała, że ciężko napisać dobrą piosenkę o szczęściu w miłości, natomiast nieszczęśliwa miłość jest bardzo wdzięcznym tematem, plastycznym. Jak byłam kilkunastoletnim nieproporcjonalnym stworzeniem pisującym łzawe wierszydła to też byłam przekonana, że dobry poeta (i artysta generalnie) to nieszczęśliwy poeta, że szczęśliwi nie mają nic do powiedzenia, a nawet jak mają, to nie mają motywacji, żeby się tym dzielić.

Czytam dużo komentarzy do wydarzeń w polskiej polityce i tak naprawdę słyszę tylko dwa głosy – propisowski i antypisowski. A wszyscy sfrustrowani. Im bardziej dramatyczna sytuacja, tym bardziej sfrustrowani obywatele i politycy, tym więcej głosów w mediach, blogach, felietonach. Dobry obywatel, to sfrustrowany obywatel, niesfrustrowany nie ma motywacji żeby zabierać głos i coś chcieć zrobić. To, że piszę, stanowi dowód na to, żem sama sfrustrowana. Artykuł o Nixonie miał “niechcący” wywołać skojarzenie z (nie)miłościwie nam panującym Jarosławem (nie)Wielkim. Być może miał też pobudzić do śmiechu lub buntu. Być może wywiad z profesorem Sztompką też miał taki cel, jednak jeśli tak było, to wypowiedzi profesora są zupełnie inne w tonie. Wnoszą nadzieję i radość.

Nadal jestem przekonana, że nasza obecna władza jest jedną z najgorszych. Nadal nie potrafię zaufać tej władzy. Ale wiem, że brak zaufania nic nie polepszy. Więc zamiast zataczać coraz szersze kręgi nienawiści, zamiast eskalacji braku zaufania, ciętych komentarzy, podkręcania i tak już podkręconej maksymalnie frustracji, postuluję pozytywną demokrację. Tak jak nie chcę żeby moje chrześcijaństwo było określane za pomocą negatywnych określeń typu anty-jakaśtam, niezgadzająca się na cośtam innego, tak samo z moich poglądów politycznych chcę wyodrębnić to co pozytywne.

Uroczyście obiecuję nie narzekać, nie wściekać się na telewizor, nie frustrować rzeczami, na które nie mam wpływu. Uroczyście obiecuję natomiast obserwować, analizować, pamiętać i wyciągać wnioski z tego co się dzieje na polskiej scenie politycznej, aby później, jak przyjdzie czas na moją cząstkę demokracji zużyć ją w pozytywny sposób i zagłosować na tych, którzy zdobędą moje zaufanie nie tym, że nie ma na nich haków, ale tym, że okazali się wartościowi podczas obecnych burz. Utopijne? być może, ale o wiele zdrowsze niż nakręcanie spirali wzajemnych urazów i nienawiści…

20
lip
07

refleksja kontra analiza

Parę dni temu spędziłam w pociągu i na oczekiwaniu w urzędzie skarbowym w sumie prawie 4 godziny, więc spokojnie mogłam zająć się prasówką. Na pierwszy rzut poszło Wprost. Rzadko czytuję Wprost, niełatwo jest mi bowiem przełknąć niektóre proPiSowskie, antyliberalne komentarze. Ale czytać trzeba, choćby po to, żeby znać nie tylko swój punkt widzenia. No więc otwieram, pierwsza strona i od razu strzał prosto w twarz. Okazuje się, że jestem rozhisteryzowaną pensjonarką, której nie stać na wysiłek rzeczowej analizy. Już mi to kiedyś kręcący wytknął, tylko subtelniej. Komentarze na temat otaczającej nas rzeczywistości, jeśli nie są matematyczną analizą, to są jedynie zbiorową histerią. Krytykujący jest tylko niespełnionym frustratem, nie wyszło mu w pewnej dziedzinie, więc się wziął i uwziął i tępi tych, którym się udało. A czy pan w ogóle słyszał o konstruktywnej krytyce? W artykule pana Janeckiego wszyscy się tylko pretensjonalnie brzydzą i oczywiście nic konstruktywnego z tego nie wynika. Więc po pierwsze: czy nie taka właśnie jest rola opozycji – krytykować rządzących? Po drugie, gdyby nie zaangażowani opozycyjnie dziennikarze i publicyści to jaką przeciwwagę miałyby media rydzykowe? W innym swoim artykule pisze pan Janecki o demokracji - o tym, że musi ona mieć swoje śmieszności i że sednem demokracji jest dialog i spór a nie jednomyślność. Ale spór czy protest wobec rządzących IV RP nie jest nazywany demokracją, za to jednomyślność z rządzącymi i z etyką katolicką, dla której w ogóle przecież nie ma alternatywy, jest najczystszą cnotą. Czy tylko ja wyczuwam zgrzyt? Krytykuję i krytykować będę, ale nie dlatego że jestem niespełnionym politykiem czy dlatego że politykiem być chciałabym ale się boję. Krytykuję, dlatego że widzę, myślę i się nie zgadzam, dopóki mogę. Nie każdy ma możliwość zwołania swojej prywatnej armii i zrobienia porządku z tym, co się nie podoba. A nawet jeśli – lepiej krytykować i pomagać władzy w ten sposób (w końcu spór to demokracja, to głos ludu), czy może lepiej czynem (zbrojnym?) pokazać co się myśli? A może lepiej nie myśleć? Wtedy nie będzie problemu z niszczącą demokrację jedno-myślnością.

18
lip
07

polityka prorodzinna

Przeczytałam tutaj coś pięknego o Finlandii i tamtejszej polityce prorodzinnej państwa i się rozczuliłam… Jakby i u nas tak mogło być… Że przecież chodzi nie tyle o pieniądze, co o dbałość o rodzinę i o kobietę, o zwyczajną pomoc na codzień. Pomyślałam sobie, że nasze państwo w osobach niektórych parlamentarzystów tak bardzo dba o polską rodzinę, polską kobietę i jej dzietność, że za pomocą becikowego, w nieco nieudolny sposób, ale zawsze to coś, stara się polskiej rodzinie pomóc, zachęcić do rozrodu i wogóle… I że pewnie niedługo u nas też tak będzie, skoro państwu tak bardzo zależy… A później usłyszałam że otrzymanie emerytury po mężu dla którego się dom utrzymywało i któremu się dzieci wychowywało jest niewychowawcze. Że kobieta pozostająca w domu i w ten sposób inwestująca w zdrowie moralne i dobro rodziny oraz państwa może liczyć na wdzięczność… no czyją? państwa? Nie, państwo uważa jest decyzję i poświęcenie za niewychowawcze, bo państwo nie potrafi sprostać kilku skomplikowanym obliczeniom.

A ja wiem co zrobić! Pożyczyć (lub przejąć) kilka komputerów od parlamentarzystów, którzy i tak ich nie używają, bo w Warszawie pojawiają się raz na ruski rok, rozdać te komputery kilku kobietom, księgowym lub finansistkom na urlopach macierzyńskich i wychowawczych, dać zlecenie, niech w ciągu kilku miesięcy pracując w domu rozpracują te skomplikowane obliczenia, których panowie parlamentarzyści tak bardzo się boją, zapłacić im, żeby inne kobiety miały prawo do emerytur po mężach. Takie to skomplikowane? To byłoby o wiele bliższe polityce prorodzinnej. Bo to, o czym ostatnio słyszę w TV bardzo mocno zniechęca mnie do rodzenia dzieci. I jak tak dalej pójdzie, to będę namawiać męża żebyśmy płodzić dzieci pojechali do innego kraju, takiej Finlandii choćby. Tutaj nie mam szans na godziwy poród, godziwe życie na wychowawczym, godziwy powrót do pracy, godziwą emeryturę. Tutaj decydując się na dziecko, decyduję się na ogromne poświęcenie, i w imię czego się pytam?

Jest jeszcze jedna opcja – przestać płacić zusy, drugi filar, wszystko co ma etykietkę ‘emerytalne’. Skoro i tak tego nie dostanę, to po co? Lepiej rzeczywiście co miesiąc wpłacać na konto, wtedy jak się razem z mężem zarobimy na śmierć to przynajmniej dzieci będą coś z tego miały. Tylko że wtedy to nie wiem co się stanie, chyba zostałabym czołowym elementem antyspołecznym. Thoreau (o którym już kiedyś pisałam) odmówił wspierania państwa swoimi podatkami, bo się nie zgadzał z tym, jak państwo te pieniądze użytkuje. Ja nie zamierzam wspierać tego chorego systemu, więc chyba zatem zacznę pracować na czarno. Czy ktoś może zna inny skuteczny sposób postawienia się zusowi?

Właśnie przeczytałam, że socjopatyczna też potraktowała temat, cieszę się bardzo…

29
cze
07

wytrych doskonały

Jesteśmy świadkami ogromnej rewolucji w zakresie naszego języka ojczystego. Tworzone są nowe słowa (łże-elity, wykształchichy), inne słowa zmieniają znaczenie (salon), pojawiają się nowe, niespotykane dotychczas kolokacje, mające na celu zmienić nieco znaczenie używanych w nich słów. Socjopatyczna pisze o tym dużo i konkretnie. Pojawiają się też słowa i zwroty “wytrychy”, takie, które otwierają każde drzwi. Np papież JPII jest dobrym wytrychem. Bez względu na temat dyskusji, “przyłożenie papieżem” jest argumentem niezawodnym, nie do odparcia. Wiele razy słyszałam w mediach wypowiedzi typu – to (czy tamto) jest realizacją nauczania papieża, papież nauczał tak a my podążamy za jego nauczaniem, tylko ta droga jest słuszna, bo zgodna z duchem nauczania papieża… Wytrych doskonały.

Innym doskonałym wytrychem jest słowo ‘demokracja’ a właściwie w kolokacji ‘zagrożenie demokracji’. Zaskakuje mnie fakt, że obie strony dyskursu politycznego używają tego zwrotu z równą swobodą i do własnych celów. Niezwykle plastyczny wytrych. Plastyczny być może dlatego, że jako naród nie mamy bladego pojęcia o co w tej demokracji chodzi.

Czy chodzi nam o bezpośrednią demokrację na sposób grecki? Każdy głos miał równą siłę, każdy miał prawo głosu (każdy, kto nie był kobietą lub niewolnikiem). Czy może raczej chodzi nam o demokrację sarmacką, wraz z osławionym ‘liberum veto’? Tak… bliżej nam do takiej wizji demokracji. Każdy szlachcic ma prawo mieć własne zdanie i przeforsować je, choćby siłą. Każdy ma prawo zerwać obrady sejmu, każdy może napsuć krwi całemu narodowi, bo on jeden się z czymś nie zgadza. Każdy, znaczy ten, kto nie jest kobietą albo chłopem pańszczyźnianym. Sarmaci są wśród nas i walczą o Polskę sarmacką, demokratyczną, wolnością i miodem płynącą…

Niedawno czytałam Obywatelskie Nieposłuszeństwo (na zajęcia z historii literatury) i porwała mnie ta lektura. H.D. Thoreau napisał esej o tym – w dużym uproszczeniu – że on się nie zgadza na to, co się w jego państwie dzieje, oraz o tym w jaki konkretnie sposób on się nie zgadza. Jego państwo (konstytuujące się Stany Zjednoczone) prowadziło wojny, politykę zaborczą wobec autochtonów, wspierało niewolnictwo, z jedynie słuszną religia (purytański kalwinizm) w tle i na sztandarach i w przekonaniu o własnej wyższości (osobom czytającym po angielsku polecam manifest). Thoreau wybrał swoją drogę protestu – w wyrazie odmowy poparcia dla rządu manifestacyjnie przestał płacić podatki. Najpierw spędził trochę czasu w więzieniu, a później osiągnął swój cel – zwrócił uwagę części społeczeństwa na to, co robi ‘władza’ i na to, jak społeczeństwo głosami i działaniami swoich obywateli może mieć wpływ.

Ja rozumiem, że prawo do własnego zdania i do protestu leży u podstaw wolności i demokracji. Nie rozumiem natomiast dlaczego nie umiemy korzystać z naszych praw w takim stylu jak Thoreau. Może dlatego, że to coś kosztuje. Łatwiej jest się buntować, vetować, protestować publicznie w grupie; trudniej jest śledzić to, co się w polityce dzieje przez miesiące i lata, poświęcić dzień albo dwa żeby świadomie zagłosować, włożyć trochę czasu i energii w użytkowanie swoich praw obywatelskich. Artykuł na ten temat tutaj.

Rozmawiam ostatnio z wieloma osobami na temat obecnie (nie)miłościwie nam panujących i z większością z nich mamy jedno wspólne – frustrację spowodowaną poczuciem niemocy. Rządzący mają swój tak zwany ‘moherowy elektorat’, który bez względu na nakrycie głowy jest elektoratem zdyscyplinowanym, żelaznym, betonowym, nie do ruszenia. A ci, którzy krzyczą o tym, jak bardzo zagrożona jest demokracja, mówią jednocześnie, że nie warto głosować, bo to i tak nic nie zmieni.

Proponuję być bardziej jak Thoreau – ponieść koszt i zaangażować się w swój kraj, jak tylko się umie – na początek choćby śledzić to co się w kraju dzieje i uczestniczyć w wyborach. Bo największym zagrożeniem dla demokracji jest nasza sarmacka postawa pod tytułem – jak nie po mojemu, to veto, nie idę na wybory.

26
cze
07

samowładza

Bulwersująca wypowiedź premiera – oto już w tytule pielęgniarki proszące o rozmowę z premierem w sprawie (nie)godziwych zarobków zostały zrównane z terrorystami. Socjopatyczna mówi w swojej notce o nadużyciach językowych naszej władzy, ale to, co się tutaj robi, przekracza nawet granice nadużyć językowych. W bardzo prosty sposób z pielęgniarek domagających się rozmowy, stały się protestującymi, z protestujących stały się łamiącymi prawo, z łamiących prawo stały się przestępcami, a przecież wiadomo, że rząd nie może zniżać się do rozmów z przestępcami. Już nie ma domniemania niewinności. Nie ma nawet postawionych zarzutów. Ale mimo to faktem oczywistym dla władzy jest że pielęgniarki są przestępcami i trzeba coś z nimi zrobić. Jak to się nazywa? Samosąd? Całkiem niedawno za samosądnie wydany i wykonany wyrok (w moim i nie tylko moim odczuciu była to obrona konieczna) kilku mężczyzn odpowiedziało przed sądem. Czy władza odpowie? Wątpię. A pielęgniarki już są przestępcami i podejrzewam, że ta łatka tak szybko się od nich nie odklei.

Zazwyczaj nie skupiam się na komentarzach internautów, ale ponieważ od niedawna jestem jednym (jedną) z nich to muszę tu i teraz przyznać rację niektórym komentarzom zawartym pod tym artykułem. Bo jeśli szanowny pan premier nie będzie rozmawiał z przestępcami to jakim cudem rozmawia i układa się z ludźmi, którzy mają prawomocne wyroki – Lechem Ka, Romanem Gie, Andrzejem eL i innymi?

Pan szanowny premier w ostatnich kilku akapitach pozuje na absolutny autorytet już nie tylko moralny ale i prawniczy. Smutno mi, że w takim państwie żyję. Smutno mi, że władza w imię wartości moralnych popełnia czyny bezprawne i niemoralne.

18
cze
07

kobieta wg rokity

Jana Rokitę lubię. Nie dlatego że jest dobrym politykiem, bo nie mnie oceniać. Lubię go za styl politykowania, za nakrycia głowy, za wyrazistość, za bezwstyd, za cięty język, no i za podejście do żony. Okazuje się jednak, że jest wielu ludzi, zapewne również wiele środowisk przez nich reprezentowanych, które z tych samych powodów Jana Rokity nie lubią. Kilkakrotnie słyszałam w środkach przekazu o jego niepotrzebnej ekstrawagancji, o uzurpowaniu sobie władzy, a także o tym że żona nad nim pewnie dominuje (powiedziane z przekąśnym uśmieszkiem). Zastanawiają mnie takie komentarze. Widać w naszym społeczeństwie nie ma jeszcze miejsca na związki partnerskie, zawsze jedna strona musi być wyraźnie dominująca. A w związku państwa Rokitów jak widać Nelly nie jest trzymana krótko, wobec czego wniosek nasuwa się sam – to ona rządzi. Nelly rules, Janek pod pantoflem – tak by to chcieli widzieć różni pseudopismacy. Wiem, emocjonuję się teraz, ale to z powodu zasłyszanego rano w RMF fm kontrwywiadu z Janem Rokitą, który to wywiad, a właściwie jego część tylko upewniła mnie w przytoczonych powyżej opiniach. Niniejszym fragment interesujący:

Konrad Piasecki: Niesiołowski odgrywa rolę pajaca. Komorowski chodzi na sznurku. Tusk nie jest charyzmatyczny do końca, a jego największym błędem jest to, że chce zostać prezydentem.
Jan Rokita: Interesujące. No i co?
Konrad Piasecki: Pańska żona tak mówi.
Jan Rokita: No i co?
Konrad Piasecki: Zastanawiam się, czy pan podziela to zdanie.
Jan Rokita: A pan dyskutuje za pośrednictwem radia ze swoją żoną?
Konrad Piasecki: Nie, ale na szczęście moja żona wybrała pozytywistyczny trud nauczania dzieci historii, a nie angażowania się w politykę.
Jan Rokita: Ale nauczanie historii to jest świetna okazja do tego, żeby wyzwolona, inteligentna, nowoczesna kobieta posiadała poglądy polityczne i je głosiła. Więc niech pan żonę zachęci do tego.
Konrad Piasecki: Posiada, ale ogranicza je do ogniska domowego.
Jan Rokita: No to ja uważam, że każda inteligentna, nowoczesna kobieta powinna starać się głosić swoje poglądy polityczne, bo żyjemy w takich czasach.
Konrad Piasecki: Abstrahując od tego zdania….

No i proszę państwa, szanowany redaktor Piasecki popisał się tym, że patriarchat jest mu na rękę i że bardzo się cieszy z tego, że żona nawet jak ma swoje zdanie, to zatrzymuje je tylko dla siebie i nie przynosi szanowanemu mężowi wstydu. Współczuję pani Piaseckiej, co to na szczęście (dla niej, czy dla niego?) żyje w pozytywiźmie i zostanie siłaczką. Gratuluję panu Piaseckiemu poglądów i posłusznej żony. W dzisiejszych czasach to rzadkość. Te babska tak się rozbestwiły teraz, że nie dość, że myślą, to jeszcze swoje poglądy publicznie wygłaszają.