Archiwum kategorii 'kościół'

11
maj
09

regeneracja

Taka moja mała regeneracja po okresie melancholijnej zapaści pisarsko-twórczej.

Byłam wczoraj w kościele. Powinnam powiedzieć że jak zwykle w niedzielę, ale nie jest to takie oczywiste. Do kościoła bowiem z konieczności i z wyboru też chodzę najwyżej raz w miesiącu. Uprawiam kościół i bywam kościołem znacznie częściej i to mnie cieszy. Chodzenie do kościoła nie cieszy. Ale to jest wątek na inną okazję. Dziś chciałam napisać że byłam w kościele i że z niekłamaną radością wysłuchałam kazania (a to mi się zdarza raz na ruski rok).

Kazanie było o gościu – takim co jest gościem w życiu, przybywa do życia w gości, nic nie robi bo jest gościem, oczekuje, że zostanie obsłużony bo gość nic nie musi robić tylko być wielkim. Znam kilku takich “wiecznych gości”. Kazaniu towarzyszył tekst z ewangelii o tym jak Jezus pomimo że był Panem i Bogiem zniżył się żeby umyć uczniom nogi. Pomimo że był gościem na ziemi przyjął rolę gospodarza – usługującego innym. Fajne. Ale najbardziej w kazaniu podobało mi się to, że postawa chrześcijańska i chrześcijaństwo generalnie zostało zdefiniowane nie poprzez poziom uniesień duchowych czy przez częstotliwość wykonywania obowiązków chrześcijańskich typu modlitwa, czytanie biblii, uczęszczanie na nabożeństwa, ale poprzez bycie gospodarzem dla innych, służenie innym. I to jest dla mnie clue. Pewien pastor nazwał taką postawę ewangelią obywatelską i chyba miał na myśli coś gorszego niż “prawdziwa” ewangelia.

Ewangelia obywatelska to taka, która widzi człowieka razem z jego potrzebami, które trzeba zaspokoić (i nie o zachciankach mowa). Potrzebami nie tylko duchowymi, ale wszelkimi. Traktuje człowieka jak człowieka a nie jak dane statystyczne lub przestrzeń do zaistnienia dla duchowieństwa.

Ewangelia obywatelska to taka, która chce tak samo traktować człowieka, bez względu na jego pozycję społeczną, przynależność kościelną, stan posiadania i miejsce zamieszkania.

Farmer uprawiający kawę w Etiopii ma takie same potrzeby życiowe jak współspacz z ławki w kościele. Jak być gospodarzem a nie gościem w życiu? Współspacza z ławki w kościele możesz zabrać na kawe, pogadać, może ma zmartwienie o którym chce pogadać, a może ma inny powód do tego żeby spać w ławce w kościele. I możecie wypić kawę Fair Trade, której zakup pomoże farmerowii w Etiopii przeżyć i wyżywić rodzinę. Obie te rzeczy wyglądają na zachowanie gospodarza. Grzanie ławek w kościele to postawa gościa, który jest i nic nie musi robić bo jest wielkim gościem.

28
sty
09

Emergent po naszemu

Słyszałam już tyle komentarzy od przeróżnych ludzi na temat tego jaki to emergent straszny i heretycki i diabelski i nie wiem jaki jeszcze. Jednakowoż ci sami ludzie mają poważny problem z wyjaśnieniem na czym emergent polega i dlaczego jest heretycki.

Znalazłam (dokładnie to mój mąż wygrzebał) taki artykulik, który choć krótki to wzbudził we mnie spore emocje, właśnie dlatego, że prezentuje postawę opisaną w akapicie powyżej.

Według Etheridge’a, Emerging church – znany ze swojej elastyczności w doborze współczesnych form i metod dopasowanych kulturowo – wybiera to co dobre z przeszłości chrześcijaństwa przedstawiając jednocześnie wiarę w bardzo współczesny sposób.

Ci, którzy znają ten ruch, mówią, że jego członkowie starają się żyć wiarą w, jak twierdzą – postmodernistycznym społeczeństwie, podczas gdy ich liderzy często bywają bardzo krytyczni wobec tradycyjnych kościołów ewangelicznych, przypisując często większą wartość dobrym uczynkom i społecznej aktywności.

Z powyższego wynika że emergent (emergent a emerging church – niektórzy rozróżniają te dwa pojęcia, jednak ze sposobu w jaki napisany jest ten tekst wnioskuję że autor nie czyni rozróżnienia) to jest:

- elastyczność w doborze form

- stosowanie metod dopasowanych kulturowo

- wybieranie z przeszłości chrześcijaństwa dobrych rzeczy (i chyba w domyśle stosowanie ich)

- przedstawianie wiary we współczesny sposób

- życie wiarą w społeczeństwie w którym przyszło nam żyć

- krytyka wobec ortodoksyjnych kościołów

- przypisywanie wielkiej wartości dobrym uczynkom i społecznej wrażliwości

No i pięknie. I mój emergent taki właśnie jest (albo raczej zaczyna być). Nie widzę tu ani jednej grzesznej rzeczy. Zresztą akapit dalej cytowany duchowny przyznaje:

… powinniśmy przyklasnąć większości ze stosowanych przez nich metod i sposobów, a nawet je zastosować we własnych kościołach …

No to o co chodzi? Wszystko zawiera się w dalszym ciągu tego akapitu:

… ruch [emergent] napędzany jest przez dawne filozoficzne trendy podważające fundamenty wiary chrześcijańskiej – zapisane Słowo Boga.

i troche wcześniej:

Jeśli kościoły, które kierują się zasadą Sola Scriptura (tylko Biblia) nie zareagują na zaniepokojone głosy odnośnie Emerging Church, możemy stracić całe pokolenie wierzących.

Więc jeszcze raz i w tłumaczeniu z uczonego na nasze:

1. Emergent jest heretycki, bo napędzany jest przez jakieś dawne filozoficzne trendy (bliżej nieokreślone, ciekawe czemu?), które rzekomo podważają fundament wiary którym jest ZAPISANE słowo Boga. Jakub pisze że wiara bez uczynków martwa jest. Emergent nie wycina Biblii z chrześcijaństwa, ale kładzie nacisk na to by ta Biblia nie leżała plackiem jak kamienny fundament ale raczej była zasadą działania – bardzo praktycznego codziennego życia. Nie służyła li tylko do medytacji i usztywniania dogmatów, ale raczej do ciągłego weryfikowania własnych postaw społecznych i związanych z nimi praktycznych działań. Stąd nacisk na społeczny wymiar wiary. A mówienie w takim kontekście o SOLA SCRIPTURA jest nieporozumieniem. No chyba że autorowi chodzi o to że poza pismem chrześcijanin nie powinien widzieć nic innego ani zajmowac się niczym innym.

2. Emergent jest zły, bo grozi utratą trzódki, a wiadomo powszechnie, że to jest najwyższy priorytet kościołów zinstytucjonalizowanych – rząd dusz. Tu nie potrzeba komentarza, znamy to z praktyki. Stąd też ktytykowanie instytucjonalnego kościoła jako posiadającego cele inne niż przynoszenie ludziom dobrej nowiny.

Sumienie nakazuje mi dopisać jeszcze jedną rzecz, z którą to związany jest mój prywatny emergent, moja prywatna wiara. Każda z wielkich religii tego świata ma swoje hopla, swój fundamet, if you wish, który ma być dla wyznawców najważniejszy. W katolicyźmie (z grubsza) jest to święta tradycja, w protestantyźmie powstałym na proteście wobec katolicyzmu jest to Biblia (Sola Scriptura), w innych religiach objawienia pochodzące od poszczególnych proroków. Każda z tych religii zmutowała swój fundament, niekiedy doprowadzając do absurdów. Protestantyzm tak się zapętlił w uznawaniu Biblii i tylko Biblii, tak okopał się sztywnymi na kamień doktrynami, tak wywyższył słowo zapisane, że zupełnie zatracił z oczu powód swojego istnienia – kościół powołany został przecież po to by nieść dobrą nowinę tym, którzy jej jeszcze nie słyszeli. Doktryna stała się ważniejsza niż człowiek – jakby ktoś potrzebował przypomnienia to właśnie dokładnie za to Jezus tępił faryzeuszy.

22
sty
09

Hussein w Białym Domu

Ale nie Saddam Hussein – prezydent Barak Hussein Obama. Symboliczne? – może, symptomatyczne? – wątpię. Raczej nic się nie zmieni. Tylko usłyszeć jak prezydent USA mówi – Ja … Hussein… – bezcenne.

Niektórzy twierdzą że to apokaliptyczne wręcz – że czarny, że czterdziesty czwarty, itp itd…

Nie jestem wielkim fanem teorii spiskowych, szczególnie tych apokaliptycznych, ale jedna przykuła dziś moja uwagę. Znajomy podesłał filmik z tuby o czipach wielkości ziarnka ryżu wszczepianych pod skórę w celach głównie identyfikacyjnych, ale nie tylko. Pamiętam, że już 10 lat temu się o tym mówiło i snuło teorie spiskowe – że ze względu na sposób zasilania baterii tychże czipów najlepsze miejsce do ich wszczepienia to prawa dłoń lub czoło i że brzmi to wprost jak z biblijnego objawienia. Niech mówią co chcą, ja sama szczerze w to wątpię. Ale jednak w samym pomyśle jest coś apokaliptycznego. Załóżmy że pomysł się sprawdzi, i jako wygodny i ułatwiający wszystkim życie zostanie rozpropagowany, po czym uznany za najbezpieczniejszy (plastikowe karty i dowody można ukraść, podrobić) i przez to najlepszy do szerokiego stosowania. W międzyczasie ludzkość udoskonali system komunikacji elektronicznej, tak że nie będzie hakerstwa i przestępstw elektronicznych. I będziemy mieli doskonały system czipowy w zasięgu ręki – czemużby nie uczynić go zasadniczym i powszechnie obowiązującym?

A teraz wyobraźmy sobie że takie narzędzie znajdzie się w rękach współczesnego Hitlera lub Stalina, który mając dostęp do centralnie przechowywanej i manipulowalnej informacji o każdym człowieku będzie chciał wzmocnić swoją pozycję, zniszczyć wrogów i innych niewygodnych ludzi. Że to niemożliwe? Niektórym do dzisiaj wydaje się niemożliwe to, co wydarzyło się ponad pół wieku temu. Nazizm był przecież niemożliwy, przecież żaden rozsądny człowiek nie opowiedziałby się za nazizmem. A jednak w Niemczech w latach trzydziestych po stronie Hitlera stanęli najwspanialsi przedstawiciele tego kraju, z hierarchami kościoła włącznie. Zostali ugotowani jak przysłowiowa żaba – powoli, bardzo powoli i subtelnie.

Niektórzy chrześcijanie wierzą, że mogą żyć jak chcą a jak przyjdzie dzień pieczętowania to oni bohatersko powiedzą NIE, umrą śmiercią męczeńską i pójdą do nieba. Kiedyś pewien kaznodzieja powiedział że biblijne pieczętowanie nie będzie początkiem tylko końcem procesu odsiewania wiernych od niewiernych. Że podobnie jak hodowcy bydła nie znaczą ukradzionych sztuk, tylko takie, które kupili, które żywią i które są do nich przyzwyczajone. Stemplują te, które już do nich należą! Szatan też przystempluje to co do niego należy. Jeśli dajesz się podgrzewać jak żaba i nie czujesz wzrastającej temperatury to nie zauważysz jak cię przystemplują bo będzie to dla ciebie najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ale jeśli masz w sobie barometr wewnętrzny to daj Boże żebyś zauważał subtelne znaki ocieplenia klimatu wokół siebie – to że ludzie dzisiaj już dzielą się na lepszych i gorszych, to że kościół nie wzywa do kochania człowieka obok kimkolwiek by był, tylko raczej do podtrzymywania poprawności doktrynalnej, że pieniądze są ‘twoje’ i masz prawo zrobić z nimi co tylko chcesz, że jest ci wszystko jedno ile ludzi cierpi produkując kawę którą tak lubisz, ważne że jest tania… Wymieniać można by do świtu, tego za tydzień. Chodzi o to, że zatracamy umiejętność kochania drugiego człowieka i tłumaczymy to brakiem czasu, pieniędzy, kryzysem, czystością doktrynalną, czystością rasową, bezpieczeństwem narodowym, wojną z terroryzmem, względami ekonomicznymi, przyszłością naszych dzieci, prawem do wolności…

I apologetycznie przepraszam że ostatnio tak dołująco, kryzys panie dzieju, kryzys…

17
wrz
08

klub dla pań

Przeczytałam dzisiaj niezwykle ciekawy post na jednym z moich ulubionych blogów – genderblox, w którym autorka opisuje nieco ze zwyczajów społeczności kobiet w kulturze muzułmańskiej. Zaskoczył mnie bardzo ten wpis, bardzo pozytywnie zaskoczył. Ponieważ na co dzień mam dużo do czynienia z osobami pochodzącymi z innej kultury, często wydaje mi się że jestem bardzo świadoma zarówno inności kulturowej jak i – przez kontrast – swojej własnej kultury i wpływu tejże na moje postrzeganie świata i postępowanie. Ten wpis uświadomił mi jak niewiele wiem i jak wąskie jest moje postrzeganie kultury, jak bardzo ograniczone do postrzegania kultury zachodniej jako jedynej prawdziwej kultury. Aż mi wstyd. Ale jednocześnie cieszę się bardzo i dziękuję autorce za ten niezwykle odświeżający i ożywczy powiew z innego świata.

W kontekście tego wpisu przypomniał mi się pewien artykuł znaleziony milion lat temu na onecie. W tymże artykule napisano:

Wprawdzie kapłaństwo u katolików jest zarezerwowane dla mężczyzn, ale przecież duchowieństwo stanowi niewielki procent wszystkich wiernych. Badania socjologiczne potwierdzają ogólną tendencję, że nasze parafie tętnią życiem głównie dzięki kobietom.

No i tak sobie pomyślałam że w kulturze zachodu kościół (przynajmniej protestancki) jest takim odpowiednikiem islamskiego haremu. Oczywiście jesteśmy zwolennikami monogamii, ale tylko fizycznej. Na poziomie społecznym i emocjonalnym kościół funkcjonuje jak harem – pastor – mężczyzna, mający do pomocy kilku pomocników (starszych, funkcyjnych) zawiaduje grupą kobiet i nieaktywnych mężczyzn (pozostających jednak w mniejszości). Kobiety są przygotowywane do roli cichych, uległych, nieaktywnych i nieodzywających się, pozostających pod opiekuńczymi skrzydłami pastora/kościoła/haremu. Dzięki temu skromnemu wglądowi w kulturę wschodu zaczynam rozumieć dlaczego kobiety w naszych kościołach chętnie pozostają w tych cichych i usłużnych rolach i czemu tak bardzo bronią się przed wyzwoleniem ich z tych okowów. To dla nich bezpieczne miejsce, ochraniany mocą pastora wygodny klub dla pań, miejsce spotkań z przyjaciółkami, miejsce kultywowania wewnętrznej, ukrytej przed światem kultury kobiet.

No i po co ja się szarpię żeby to zmienić?

28
sie
08

miałam sen

I śnię nadal

O Kościele, który wyszedł z ławek

O Kościele, który żyje wiarą na codzień a nie tylko od niedzieli do niedzieli

O Kościele, pośród którego wszyscy są kapłanami i wszyscy są równi

O Kościele, który jest tam, gdzie jest potrzebny a nie tam, gdzie władza

O Kościele, który brzydzi się manipulacją i kontrolą

O Kościele, w którym kobieta nie musi być niewidzialna

O Kościele z ludźmi i między ludźmi

Kościele! – wiem, że tam jesteście…

16
lis
07

biserica znaczy kościół

Druga z cyklu opowieści rumuńskich, cały czas o życiu…
Odwiedziliśmy kilka kościołów protestanckich, mieliśmy okazję się pouczyć i poobserwować jak można inaczej. A inne jest to, że tamtejsze kościoły (te, które odwiedziliśmy, nie wszystkie) funkcjonują jako zbiór małych grup. Kościół w którym jest 500 osób jako całość spotyka się 2 razy w miesiącu, ale funkcjonuje na co dzień jako 45 małych grup, które spotykają się raz albo dwa razy w tygodniu jako grupa a nieoficjalnie jeszcze częściej. Oni nie chodzą do kościoła, oni są i żyją jako kościół, jako wspólnota, jako rodzina. I oczywiście, że nie jest idealnie, ale jest o wiele bliżej ideału.

Ale bardzo się starają i robią wiele, aby być rodziną na co dzień a nie znajomymi w niedziele. Spotykają się towarzysko, razem jedzą, razem się bawią, rozmawiają o swoich problemach, o swojej wierze, o swoim życiu codziennym, razem też służą innym. Wewnątrz są rodziną, na zewnątrz zachowują się jak organizacja pozarządowa na miarę możliwości służąca innym spoza rodziny. Miałam możliwość zobaczyć jak poświęcają swój czas wolny na pomoc dzieciom w ośrodku dla zakażonych HIV, na koszenie trawy w parku miejskim, sprzątanie dworca kolejowego, pomoc ubogim rodzinom w mieście itp itd. Wspólna praca na rzecz lokalnej społeczności nie tylko jest pożyteczna ale też bardzo pomaga budować poczucie wspólnoty w grupie.

A w Polsce? Zastanowił mnie fakt, czy raczej obserwacja, taki/a oto: kościół katolicki szeroko pojęty udziela się i pracuje na rzecz lokalnych społeczności, jest mnóstwo inicjatyw świeckich, a tylko kościół protestancki szeroko pojęty jest jakoś mało widoczny w takich działaniach. Dlaczego? Częściowo dlatego, że jest nas bardzo mało. Ale istota sprawy jest chyba głębiej. Jestem w protestantyzmie na tyle długo, że chyba mogę wypowiadać się w imieniu innych wewnątrz. To co obserwuję i słyszę w rozmowach z ludźmi w kościele to chęć usłużenia wszystkim innym ludziom… słowem, ewangelią, nauczaniem, dobrą radą… ale nie fizycznie. Zdaje się, że nie ma w kościołach protestanckich miejsca na usługiwanie innym ludziom ze swoich zasobów pieniędzy, siły, energii, że wszystko opiera się na słowach. Mamy jakiś przerost duchowości i nie zauważamy zwykłych potrzeb zwykłych ludzi, widzimy tylko potrzeby duchowe. Czy zapomnieliśmy że głodnemu nie da się zaspokoić potrzeb duchowych jeśli się go wcześniej nie nakarmi?

A może to spuścizna kalwinizmu, gdzie uczynki nie miały żadnego znaczenia, gdzie wszystko zależało od łaski i od tego czy człowiek przyjął tę łaskę? Pięciopunktowi kalwiniści, obudźcie się! Głodnemu chleb łaską!

02
wrz
07

chrześcijaństwo a …

… a feminizm

… a ekologia

… a abolicja

… a historia

… a humanizm

… a wszystkie inne prądy i nurty filozoficzne, polityczne i Bóg jeden wie jakie jeszcze…

Jak się ma chrześcijaństwo do feminizmu, a może jak się ma feminizm do chrześcijaństwa? Czasem czytuję na moich ulubionych blogach że feminizm stoi w opozycji do chrześcijaństwa, albo że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na feminizm. Czasem w kościele słyszę, że filozofia albo humanizm są “światowe” i “niezgodne z ewangelią”. I zastanawiam się wtedy skąd się ludziom biorą w głowach takie pomysły. Przecież to są jakieś separatystyczne bajki dla niepewnych, dla tych, którzy potrzebują negatywnej identyfikacji…

Siedziałam sobie dzisiaj w kościele i postanowiłam potraktować to wszystko co słyszę chociaż odrobinę bardziej serio. Nie, żebym traktowała chrześcijaństwo niepoważnie. Raczej chodziło o to żeby z tego co jest mówione wziąć więcej, zastanowić się głębiej. Słyszałam te same hasła co zawsze, które powtarzane setki i tysiące razy zaczynają brzmieć jak mantra i powoli tracą znaczenie. Hasła typu “Jezus jest dla mnie wszystkim”, “zbawienie jest w Jezusie”, “Jezus zbawił nas swoją krwią”. Wszystko to prawda, ale głębszy sens tych słów gdzieś się po drodze rozmył i pobrudził.

Więc siedzę sobie dzisiaj w kościele i podczas kazania rozmyślam o tym co to dla mnie znaczy, że zbawienie jest tylko w w Jezusie. No i pewnie doszłam do jakiś herezji, ale i tak się tym podzielę.

Dla mnie zbawienie zawsze znaczyło coś więcej niż tylko gwarancję nieba. Znaczyło, że tu i teraz mogę być zbawiona od grzechów, niedoskonałości, zniewoleń, przekleństw. Nie tylko od skutków (czyli chyba potępienia) ale od samych tych rzeczy. Znaczyło, że mogę wrócić do pełni człowieczeństwa, takiej, jaka była przed pojawieniem się grzechu i przekleństwa między ludźmi. Bo wtedy wszystko było inaczej. Wtedy kobieta była równa mężczyźnie, tak samo jak mężczyzna była stworzona na obraz i podobieństwo Boga, wtedy mężczyzna nie dominował nad kobietą. Wtedy ludzie nie nienawidzili się nawzajem, ufali sobie i Bogu, nie musieli się niczego wstydzić. Przyroda była piękna i nieskażona. Nawet jeśli ten obraz jest tylko alegorią to i tak dużo mi mówi – mówi mi o idealnym świecie w jakim ludzie mieli żyć.

A potem jest grzech, przekleństwo i zaczyna się historia zbawienia. Historia usiłowania zbawienia rasy ludzkiej od wszystkiego co w ludziach niedoskonałe a co się w międzyczasie pojawiło. A Jezus jest tej historii ukoronowaniem. Przychodzi i traktuje kobiety, niewolników i pogan jak ludzi, jak równych temu uprzywilejowanemu gatunkowi jakim był żydowski mężczyzna.

Feminizm, ekologia, abolicja, humanizm… wszystko to ma na celu oczyszczenie człowieczeństwa z naleciałości i przekleństw – z męskiej dominacji, z niewolnictwa, z zanieczyszczenia, z nienawiści, słowem powrót do raju. Ale do raju powrót jest tylko jedną drogą – tą wąską. Dlatego nie podoba mi się feminizm akcyjny, agresywne zachowania ekologów, abolicja za pomocą narzędzi wojennych i szamański humanizm, bo mają one na celu zaoferowanie zbawienia ludzkości w inny sposób – zewnętrzny a nie od wewnątrz, od środka każdego z nas. Jestem za wyzwoleniem wszelkiego rodzaju współczesnych niewolników, ale nie mogę zbawić całego świata. Mogę natomiast zacząć od siebie, zapierać się siebie (ach, jak to staroświecko brzmi), szukać swojego zbawienia i starać się dawać dobry przykład. Co wcale nie znaczy, że już dzisiaj dokładnie wiem jak to zrobić.

Cztery wieki temu (prawie) osiedlili się w Ameryce pielgrzymi – kalwiniści, religijni separatyści. Myśleli, że jak się odseparują od reszty grzesznego świata to znajdą raj. Znam takie grupy ludzi również w dzisiejszej Polsce. Ale powrót do raju nie odbędzie się poprzez separację, tylko poprzez zbawienie od tego, co w nas ludziach najgorsze, pozbycie się zła ze środka nas.

Zbawienie nie jest w feminizmie, humanizmie czy ekologii, jest w Jezusie. Jak? Zaczyna się od mojej osobistej wiary i zbawienia od moich przywar. Jestem feministką, bo jestem chrześcijanką. Pragnienie uszanowania i wyzwolenia kobiet bierze się z mojego osobistego chrześcijaństwa. Bo wiem, że tak miało być, że na początku tak było. Analogicznie jest z wyzwoleniem niewolników, z oczyszczeniem środowiska…

Wierzę Jezusowi i z tego wynika cała reszta mojego życia.

02
wrz
07

chrześcijaństwo a …

… a feminizm

… a ekologia

… a abolicja

… a historia

… a humanizm

… a wszystkie inne prądy i nurty filozoficzne, polityczne i Bóg jeden wie jakie jeszcze…

Jak się ma chrześcijaństwo do feminizmu, a może jak się ma feminizm do chrześcijaństwa? Czasem czytuję na moich ulubionych blogach że feminizm stoi w opozycji do chrześcijaństwa, albo że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na feminizm. Czasem w kościele słyszę, że filozofia albo humanizm są “światowe” i “niezgodne z ewangelią”. I zastanawiam się wtedy skąd się ludziom biorą w głowach takie pomysły. Przecież to są jakieś separatystyczne bajki dla niepewnych, dla tych, którzy potrzebują negatywnej identyfikacji…

Siedziałam sobie dzisiaj w kościele i postanowiłam potraktować to wszystko co słyszę chociaż odrobinę bardziej serio. Nie, żebym traktowała chrześcijaństwo niepoważnie. Raczej chodziło o to żeby z tego co jest mówione wziąć więcej, zastanowić się głębiej. Słyszałam te same hasła co zawsze, które powtarzane setki i tysiące razy zaczynają brzmieć jak mantra i powoli tracą znaczenie. Hasła typu “Jezus jest dla mnie wszystkim”, “zbawienie jest w Jezusie”, “Jezus zbawił nas swoją krwią”. Wszystko to prawda, ale głębszy sens tych słów gdzieś się po drodze rozmył i pobrudził.

Więc siedzę sobie dzisiaj w kościele i podczas kazania rozmyślam o tym co to dla mnie znaczy, że zbawienie jest tylko w w Jezusie. No i pewnie doszłam do jakiś herezji, ale i tak się tym podzielę.

Dla mnie zbawienie zawsze znaczyło coś więcej niż tylko gwarancję nieba. Znaczyło, że tu i teraz mogę być zbawiona od grzechów, niedoskonałości, zniewoleń, przekleństw. Nie tylko od skutków (czyli chyba potępienia) ale od samych tych rzeczy. Znaczyło, że mogę wrócić do pełni człowieczeństwa, takiej, jaka była przed pojawieniem się grzechu i przekleństwa między ludźmi. Bo wtedy wszystko było inaczej. Wtedy kobieta była równa mężczyźnie, tak samo jak mężczyzna była stworzona na obraz i podobieństwo Boga, wtedy mężczyzna nie dominował nad kobietą. Wtedy ludzie nie nienawidzili się nawzajem, ufali sobie i Bogu, nie musieli się niczego wstydzić. Przyroda była piękna i nieskażona. Nawet jeśli ten obraz jest tylko alegorią to i tak dużo mi mówi – mówi mi o idealnym świecie w jakim ludzie mieli żyć.

A potem jest grzech, przekleństwo i zaczyna się historia zbawienia. Historia usiłowania zbawienia rasy ludzkiej od wszystkiego co w ludziach niedoskonałe a co się w międzyczasie pojawiło. A Jezus jest tej historii ukoronowaniem. Przychodzi i traktuje kobiety, niewolników i pogan jak ludzi, jak równych temu uprzywilejowanemu gatunkowi jakim był żydowski mężczyzna.

Feminizm, ekologia, abolicja, humanizm… wszystko to ma na celu oczyszczenie człowieczeństwa z naleciałości i przekleństw – z męskiej dominacji, z niewolnictwa, z zanieczyszczenia, z nienawiści, słowem powrót do raju. Ale do raju powrót jest tylko jedną drogą – tą wąską. Dlatego nie podoba mi się feminizm akcyjny, agresywne zachowania ekologów, abolicja za pomocą narzędzi wojennych i szamański humanizm, bo mają one na celu zaoferowanie zbawienia ludzkości w inny sposób – zewnętrzny a nie od wewnątrz, od środka każdego z nas. Jestem za wyzwoleniem wszelkiego rodzaju współczesnych niewolników, ale nie mogę zbawić całego świata. Mogę natomiast zacząć od siebie, zapierać się siebie (ach, jak to staroświecko brzmi), szukać swojego zbawienia i starać się dawać dobry przykład. Co wcale nie znaczy, że już dzisiaj dokładnie wiem jak to zrobić.

Cztery wieki temu (prawie) osiedlili się w Ameryce pielgrzymi – kalwiniści, religijni separatyści. Myśleli, że jak się odseparują od reszty grzesznego świata to znajdą raj. Znam takie grupy ludzi również w dzisiejszej Polsce. Ale powrót do raju nie odbędzie się poprzez separację, tylko poprzez zbawienie od tego, co w nas ludziach najgorsze, pozbycie się zła ze środka nas.

Zbawienie nie jest w feminizmie, humanizmie czy ekologii, jest w Jezusie. Jak? Zaczyna się od mojej osobistej wiary i zbawienia od moich przywar. Jestem feministką, bo jestem chrześcijanką. Pragnienie uszanowania i wyzwolenia kobiet bierze się z mojego osobistego chrześcijaństwa. Bo wiem, że tak miało być, że na początku tak było. Analogicznie jest z wyzwoleniem niewolników, z oczyszczeniem środowiska…

Wierzę Jezusowi i z tego wynika cała reszta mojego życia.

27
sie
07

pat

Tak się właśnie czasami czuję jak myślę o swoim kościele i swojej w nim roli – patowo. Nie wiem czemu tak jest, czemu kościół z zasady jest najbardziej zacofanym organem lokalnej społeczności. Czemu ludzie, którzy poza kościołem są nowocześni, świetnie znajdują się we współczesnych realiach, przekraczając progi budynków kościelnych stają się nagle radykałami, konserwatywnymi oportunistami i nie wiem czym jeszcze. Czemu życie kościelne z definicji musi być staroświeckie, bo jak nie, to traci na pobożności. Ciało zanurzone w cieczy traci na wadze, ciało zanurzone w gó…ie traci na odwadze, a ciało zanurzone w nowoczesności traci na pobożności? Z jednej strony kapitalizm/liberalizm/konsumpcjonizm dla których postęp, nowość i młodość są ważniejsze niż cokolwiek innego a z drugiej strony kościół lubujący się w zacofaniu. Znowu nie mogę się znaleźć bo ani jedno ani drugie mi nie w smak.

Mieliśmy z mężem wczoraj gości, zaprzyjaźnione małżeństwo z naszego kościoła. Spotkaliśmy się z nimi na gruncie czysto towarzyskim już któryś raz i jak zawsze rozmowa zeszła na jeden temat – co zrobić, żeby nasz kościół nie był taki zacofany? Marudzimy, frustrujemy się, denerwujemy, ale nie potrafimy znaleźć lekarstwa. Nastoletnia córka znajomych rzuciła w pewnym momencie – “załóżcie nowy kościół”. Z pewnością jest to jakieś wyjście, tylko czy aby na pewno najlepsze?

Pat, bo nie podoba mi się to jak działa i jaki jest mój kościół, pat, bo nie wiem co ja mogę zrobić, pat, bo nie chcę z tego kościoła uciekać, nie jestem tchórzem, pat, bo jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby zaczynać wszystko od początku, nowy kościół…

10
lip
07

wyrodne dziecko

Zastanawiam się czasem, czy nie jestem trochę jak romangie, którego na jakimś portalu jakiś internauta skomentował tak “Roman, gdyby nie okrągły stół, to dziś robiłbyś za ministranta, nie za ministra”. Ja się tak buntuję przeciwko kościołowi protestanckiemu, którego początki polegały na buntowaniu się przeciwko uzurpowaniu sobie władzy przez ówczesny kościół katolicki. Ale gdyby nie tamci ludzie, ileśtam wieków temu, to ja dzisiaj nie miałabym wyboru czy ja chcę być w kościele katolickim, protestanckim, czy może jakimś emergentnym. Gdyby nie otwarte umysły i odwaga tamtych ludzi to ja dzisiaj może nadal zamiast czytać biblię we własnym języku, słuchałabym mszy po łacinie. Tak, wiem, pewnych rzeczy nie da się zatrzymać, przyszłyby wcześniej czy później. Ale zastanawiam się czy wolno mi się tak bezkarnie wypinać na tych, którzy otwierali drogę wolności religijnej (nierzadko za cenę własnego życia), tylko dlatego że ktoś później wykręcił to wszystko i zrobił z tego kolejną świętą tradycję?