Archiwum kategorii 'feminizm'
kobiece ograniczenia ???
prawdziwa kobieta
Była sobie kiedyś czarna kobieta, niewolnica. Przeszła wiele dobrego, ale najpierw wiele złego, dożyła wyzwolenia, stała się wędrowną kaznodzieją i popełniła przemówienie, które przeszło do historii. Była rewolucjonistką, zmieniła amerykańskie myślenie o kobietach i kształt tworzącego się wtedy ruchu kobiet. Za feministycznym thinktankiem polecam państwu – Sojourner Truth: Czyżbym nie była kobietą? (przemówienie wygłoszone w 1851 roku na konwencie Kobiet w Ohio)
No cóż, moje dzieci. Gdzie panuje bałagan, tam coś musi szwankować. Myślę, że między Czarnymi z Południa i kobietami z Północy, wszystkimi mówiącymi o prawach, biały mężczyzna szybko znajdzie się w kropce. Ale o czym właściwie mówimy?
Ten tam człowiek powiedział, że kobiety potrzebują pomocy w podróży, trzeba je przenosić przez rów, no i wszędzie muszą mieć najlepsze miejsce. Mnie nikt nigdy nie pomagał wsiadać do powozu ani nie przeniósł mnie przez błoto, nigdy też nie dostałam najlepszego miejsca. Czyżbym nie była kobietą?
Spójrzcie na mnie, spójrzcie na moje ramiona! Orałam i sadziłam, chodziłam do obory i żaden mężczyzna nie musiał mnie tam prowadzić. Czyżbym nie była kobietą? Umiem pracować jak mężczyzna i jeść jak mężczyzna – jeśli tylko tyle dostanę – a także jak mężczyzna znosić chłostę. Czyżbym nie była kobietą?
Urodziłam trzynaścioro dzieci i musiałam patrzeć na to, jak większość z nich została sprzedana w niewolę. Gdy krzyczałam w matczynej rozpaczy po ich stracie, nikt poza Jezusem mnie nie słyszał. Czyżbym nie była kobietą?
Oni jednak mówią o czymś w głowie. Jak to nazywają? [ktoś z publiczności szepcze - intelekt]. Tak jest, kochanie. Jak się to jednak ma do praw kobiet i Czarnych? Jeśli moje naczynie nie mieści więcej jak pół kwarty, a wasze zawiera całą kwartę, czy to oznacza, że macie prawo odmówić mi mojej skromnej połówki?
Jednak ten tu mały człowiek ubrany na czarno, powiada, że kobiety nie mogą mieć tyle samo praw co mężczyźni, bo Chrystus nie był kobietą! Skąd się wziął ten wasz Chrystus? Skąd się wziął ten wasz Chrystus? Z Boga i kobiety! Mężczyzna nie miał z Nim nic do czynienia!
Jeśli pierwsza kobieta, jaką Bóg kiedykolwiek stworzył, była na tyle silna, by sama wywrócić świat do góry nogami, kobiety razem powinny być zdolne odwrócić go z powrotem na właściwą stronę! A teraz tego żądają – lepiej żeby mężczyźni dali im to zrobić.
Pięknie dziękuję, że mnie wysłuchaliście. Stara Sojourney Truth nie ma nic więcej do dodania.
Przemówienie krótkie, ale wielkie.
milcząca obecność
Czytam ostatnio książkę Elżbiety Adamiak pod tytułem właśnie “Milcząca obecność”. Książka ma dość skromne gabaryty, a mimo to treść powala – zarówno ilością argumentacji jak i ilością tejże. Skoncentrowana jest wokół kobiecej obecności w kościele i komentowania na różne sposoby jak i dlaczego ta obecność jest właśnie milcząca. Po prostu cudo, polecam każdemu.
Ale przypomniałam sobie o niej dzisiaj bo zdarzyło się coś innego wartego wspomnienia. A może raczej nie zdarzyło się. Ok, koniec tajemniczości. Byłam dzisiaj na praktykach w gimnazjum (tak, zamierzam zostać nauczycielką). Praktyki na razie polegają tylko na obserwowaniu. Miałam obserwować nauczycielkę i stosowane metody nauczania, ale moja natura wzięła jednak górę i zamiast nauczycielki obserwowałam uczniów. Byłam na kilku lekcjach i na wszystkich widziałam to samo – chłopcy bardzo wyraźnie zaznaczali swoją obecność, na różne sposoby – rzucając się różnymi rzeczami, ostentacyjnie szurając krzesłami, przekomarzając się z nauczycielką, prowadząc głośne rozmowy, podlizując się nauczycielce, lub chociażby przyjmując niestandardową postawę na krześle. Wydawało mi się, że nie miało większego znaczenia czy zrobią dobre czy złe wrażenie, byleby tylko ściągnąć na siebie uwagę. A dziewczynki? Jakby ich nie było – grzeczne, ciche, spokojne, odzywające się tylko gdy nauczycielka skieruje pytanie bezpośrednio do nich. Wzorowe aż do obrzydzenia. I nie chodzi mi o to że powinny teraz nie wiadomo co robić, chodzi o to że były praktycznie niezauważalne.
Wydaje mi się, że jak ja chodziłam do szkoły to obie płcie w równy sposób zwracały na siebie uwagę, podlizywały się lub łobuzowały, nie przypominam sobie większych różnic. Czyżby młode pokolenie dziewcząt było już tak wytresowane, że nawet potrafi oprzeć się wewnętrznemu pragnieniu połobuzowania trochę? A chłopcy wręcz przeciwnie, chyba czują się do takich zachowań zachęcani, bo widocznie im się to podobało, nie mieli strachu ani wstydu, kiedyś jednak mieli trochę więcej.
Co taka dziewczynka, która od najmłodszych lat jest uczona cichości i grzeczności oraz tego, że to wszystko co jej nie przystoi, w przypadku chłopców jest wysoce pożądane, co ona wniesie do społeczeństwa? Boję się myśleć, bo wyobrażam ją sobie jako wieczną ofiarę. A później ktoś powie, że to jej wina że w odpowiednim momencie nie odeszła od męża, który ją krzywdził. Jak ma odejść, skoro od zawsze była uczona że nie ma własnego zdania, nie ma nic do powiedzenia, że nikt na nią nie zwróci uwagi, że nikt jej nie będzie słuchał? To on ma prawo do wszelkiej uwagi i każdego zachowania. Ona ma być cicho.
Jeszcze na koniec link, który znalazłam na blogu genderblox. No i jak tu nie być feministką? Edukacja, proszę państwa, edukacja…
Samozagłada
Gdzieś kiedyś przeczytałam, że feminizm jest bez sensu, bo ideologicznie dąży do samozagłady. Chodzi o to, że założenia feminizmu (tzw. minimum feministyczne – 1. kobietom dzieje się krzywda, 2. można i trzeba ten stan zmienić, 3. muszą tego dokonać kobiety, nikt nie zrobi tego za nie) jeśli dojdą do głosu i odniosą sukces, to unicestwią feminizm ideowy, który nie będzie już potrzebny.
Na południu USA nastąpiło uwolnienie niewolników, w związku z czym sytuacja uwolnionych uległa znacznemu pogorszeniu. W świetle prawa byli wolni, ale ponieważ nie byli wykształceni nie mogli zdobyć innej pracy niż ta, którą mieli do tej pory. Pracowali u tych samych właścicieli ziemskich, ale ci zaczęli za pracę płacić. Niewolnik nie był już niewolnikiem, pracował, jadł i mieszkał korzystając z wolności, nie był niczyją własnością a więc nikt nie miał obowiązku go utrzymywać. Okazało się że większość “uwolnionych” musiała za jedzenie i miejsce do spania zapłacić więcej niż byli w stanie zarobić. Każdy rok wolności powiększał ich długi. Wolność, ale tylko pozorna, bo dotychczasowi właściciele dzięki dobrze rozwiniętemu systemowi represji byli w stanie równie sprawnie jak wcześniej krępować dotychczasowego niewolnika. Nie zniknęło zniewolenie, zmienił się jedynie sposób zniewolenia.
Która z nas nigdy nie słyszała “same tego chciałyście” w odpowiedzi na apel o równe rozłożenie obowiązków domowych i innych? Skoro chciałam wolności, to znaczy, że można wycelować we mnie dobrze przez wieki rozwiniętym systemem represji? Chciałaś pracować zawodowo, chciałaś zarządzać swoją płodnością? A masz, a masz – musisz teraz być idealną pracownicą, idealną matką i idealną żoną, wszystko na raz… Niezależna ekonomicznie kobieta nierzadko płaci za to okrutną samotnością i wykluczeniem towarzyskim.
W połowie ubiegłego wieku, gdzieś na południu stanów ktoś wpadł na genialny pomysł – aby polepszyć sytuację czarnych wprowadzono segregację rasową. Separated, but equal. Jaki był efekt? – KKK, publiczne lincze, zamknięcie drogi do awansu społecznego.
Kobiety też coś sobie wywalczyły, ale ponieważ zagrażają sytuacji mężczyzn, trzeba je umiejętnie szufladkować – parytet, partia kobiet… trzeba pokazać kobietom, że ich miejsce jest tam gdzie się im pokaże – w specjalnie dla kobiet wyznaczonych miejscach. Idź kobieto, realizuj się tam, gdzie ci pokażą, gdzie ci wolno, a potem wracaj do domu, sprzątaj, gotuj i ródź dzieci…
A o tym jak kobiety zagrażają kulturze i cywilizacji następnym razem…
feministki raj utracony
Feministki i katoliczki koncentrują się na tym co je dzieli zamiast na tym co łączy. Co je dzieli to z grubsza wiemy, a co je łączy? Ano raj utracony…
Czytałam dzisiaj kilka esejów – jeden o rasistowskiej dominacji rasy białej (matko, jak to okropnie brzmi!), jeden o pornografii, jeden o seksistowskiej dominacji patriarchatu (a co, nie mogło zabraknąć) i jeszcze rozmowę Anny Zawadzkiej z Joanną Tomaszewską właśnie o styku feminizmu i katolicyzmu. Po pobieżnej lekturze znów dochodzę do wniosku że wszyscy ludzie tęsknią za tym samym. Tylko nie wiem jak to nazwać. Może to raj właśnie? A utracony dlatego, że go nie mamy. A jak go straciliśmy? Odruchowo powiedziałabym, że utrata raju to skutek grzechu. Ale osoba, dla której symbolika biblijna jest tylko pustym mitem pewnie musiałaby to nazwać jakoś po swojemu.
Jaki jest ten raj, który utraciliśmy? To taka przestrzeń, w której ludzie się nawzajem szanują, nikt nikogo nie uciska, nie dominuje, wszyscy, bez względu na płeć, rasę i wyznanie są sobie równi, wolni, nieograniczeni zewnętrznie żadnymi więzami, posiadający nad sobą pełną kontrolę, która wcale nie jest uciążliwa a jedynie daje poczucie stabilności. Nikt nikogo nie musi słuchać ale wszyscy są wysłuchani i zrozumiani. Każdy ma prawo wszystko powiedzieć co mu leży na wątrobie, ale okazuje się, że nic nie leży… No niebo normalnie. Ponieważ już dawno przestaliśmy wierzyć w dziadka z siwą brodą zasiadającego na tronie w niebie, to chcemy sprowadzić “prawdziwsze” niebo na ziemię i odzyskać nasz raj za pomocą zestawu praw i obowiązków – to wolno, tego nie wolno, wolności obywatelskich i demokracji, wolności wypowiedzi i zgromadzeń… Prawo musi wkraczać tam, gdzie człowiek zrzuca z siebie własne sumienie. A niebo, raj zdaje się być miejscem gdzie wszystkim wszystko wolno ale jednak nikt nikogo nie krzywdzi. Dlaczego? Nie ma praw, ale są sumienia, i to wystarczy.
To jest właśnie raj, to jest zbawienie – gdzie za pomocą wewnętrznej kontroli, na podstawie własnego sumienia jestem wolna aby nie wyrządzać krzywdy drugiemu człowiekowi. Grzech to odrzucenie tego co w nas najpiękniejsze, sumienia. Jezus mnie zbawił od dominacji grzechu i praw, mogę być feministką i ufać drugiemu człowiekowi, że mnie nie skrzywdzi.
chrześcijaństwo a …
… a feminizm
… a ekologia
… a abolicja
… a historia
… a humanizm
… a wszystkie inne prądy i nurty filozoficzne, polityczne i Bóg jeden wie jakie jeszcze…
Jak się ma chrześcijaństwo do feminizmu, a może jak się ma feminizm do chrześcijaństwa? Czasem czytuję na moich ulubionych blogach że feminizm stoi w opozycji do chrześcijaństwa, albo że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na feminizm. Czasem w kościele słyszę, że filozofia albo humanizm są “światowe” i “niezgodne z ewangelią”. I zastanawiam się wtedy skąd się ludziom biorą w głowach takie pomysły. Przecież to są jakieś separatystyczne bajki dla niepewnych, dla tych, którzy potrzebują negatywnej identyfikacji…
Siedziałam sobie dzisiaj w kościele i postanowiłam potraktować to wszystko co słyszę chociaż odrobinę bardziej serio. Nie, żebym traktowała chrześcijaństwo niepoważnie. Raczej chodziło o to żeby z tego co jest mówione wziąć więcej, zastanowić się głębiej. Słyszałam te same hasła co zawsze, które powtarzane setki i tysiące razy zaczynają brzmieć jak mantra i powoli tracą znaczenie. Hasła typu “Jezus jest dla mnie wszystkim”, “zbawienie jest w Jezusie”, “Jezus zbawił nas swoją krwią”. Wszystko to prawda, ale głębszy sens tych słów gdzieś się po drodze rozmył i pobrudził.
Więc siedzę sobie dzisiaj w kościele i podczas kazania rozmyślam o tym co to dla mnie znaczy, że zbawienie jest tylko w w Jezusie. No i pewnie doszłam do jakiś herezji, ale i tak się tym podzielę.
Dla mnie zbawienie zawsze znaczyło coś więcej niż tylko gwarancję nieba. Znaczyło, że tu i teraz mogę być zbawiona od grzechów, niedoskonałości, zniewoleń, przekleństw. Nie tylko od skutków (czyli chyba potępienia) ale od samych tych rzeczy. Znaczyło, że mogę wrócić do pełni człowieczeństwa, takiej, jaka była przed pojawieniem się grzechu i przekleństwa między ludźmi. Bo wtedy wszystko było inaczej. Wtedy kobieta była równa mężczyźnie, tak samo jak mężczyzna była stworzona na obraz i podobieństwo Boga, wtedy mężczyzna nie dominował nad kobietą. Wtedy ludzie nie nienawidzili się nawzajem, ufali sobie i Bogu, nie musieli się niczego wstydzić. Przyroda była piękna i nieskażona. Nawet jeśli ten obraz jest tylko alegorią to i tak dużo mi mówi – mówi mi o idealnym świecie w jakim ludzie mieli żyć.
A potem jest grzech, przekleństwo i zaczyna się historia zbawienia. Historia usiłowania zbawienia rasy ludzkiej od wszystkiego co w ludziach niedoskonałe a co się w międzyczasie pojawiło. A Jezus jest tej historii ukoronowaniem. Przychodzi i traktuje kobiety, niewolników i pogan jak ludzi, jak równych temu uprzywilejowanemu gatunkowi jakim był żydowski mężczyzna.
Feminizm, ekologia, abolicja, humanizm… wszystko to ma na celu oczyszczenie człowieczeństwa z naleciałości i przekleństw – z męskiej dominacji, z niewolnictwa, z zanieczyszczenia, z nienawiści, słowem powrót do raju. Ale do raju powrót jest tylko jedną drogą – tą wąską. Dlatego nie podoba mi się feminizm akcyjny, agresywne zachowania ekologów, abolicja za pomocą narzędzi wojennych i szamański humanizm, bo mają one na celu zaoferowanie zbawienia ludzkości w inny sposób – zewnętrzny a nie od wewnątrz, od środka każdego z nas. Jestem za wyzwoleniem wszelkiego rodzaju współczesnych niewolników, ale nie mogę zbawić całego świata. Mogę natomiast zacząć od siebie, zapierać się siebie (ach, jak to staroświecko brzmi), szukać swojego zbawienia i starać się dawać dobry przykład. Co wcale nie znaczy, że już dzisiaj dokładnie wiem jak to zrobić.
Cztery wieki temu (prawie) osiedlili się w Ameryce pielgrzymi – kalwiniści, religijni separatyści. Myśleli, że jak się odseparują od reszty grzesznego świata to znajdą raj. Znam takie grupy ludzi również w dzisiejszej Polsce. Ale powrót do raju nie odbędzie się poprzez separację, tylko poprzez zbawienie od tego, co w nas ludziach najgorsze, pozbycie się zła ze środka nas.
Zbawienie nie jest w feminizmie, humanizmie czy ekologii, jest w Jezusie. Jak? Zaczyna się od mojej osobistej wiary i zbawienia od moich przywar. Jestem feministką, bo jestem chrześcijanką. Pragnienie uszanowania i wyzwolenia kobiet bierze się z mojego osobistego chrześcijaństwa. Bo wiem, że tak miało być, że na początku tak było. Analogicznie jest z wyzwoleniem niewolników, z oczyszczeniem środowiska…
Wierzę Jezusowi i z tego wynika cała reszta mojego życia.
chrześcijaństwo a …
… a feminizm
… a ekologia
… a abolicja
… a historia
… a humanizm
… a wszystkie inne prądy i nurty filozoficzne, polityczne i Bóg jeden wie jakie jeszcze…
Jak się ma chrześcijaństwo do feminizmu, a może jak się ma feminizm do chrześcijaństwa? Czasem czytuję na moich ulubionych blogach że feminizm stoi w opozycji do chrześcijaństwa, albo że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na feminizm. Czasem w kościele słyszę, że filozofia albo humanizm są “światowe” i “niezgodne z ewangelią”. I zastanawiam się wtedy skąd się ludziom biorą w głowach takie pomysły. Przecież to są jakieś separatystyczne bajki dla niepewnych, dla tych, którzy potrzebują negatywnej identyfikacji…
Siedziałam sobie dzisiaj w kościele i postanowiłam potraktować to wszystko co słyszę chociaż odrobinę bardziej serio. Nie, żebym traktowała chrześcijaństwo niepoważnie. Raczej chodziło o to żeby z tego co jest mówione wziąć więcej, zastanowić się głębiej. Słyszałam te same hasła co zawsze, które powtarzane setki i tysiące razy zaczynają brzmieć jak mantra i powoli tracą znaczenie. Hasła typu “Jezus jest dla mnie wszystkim”, “zbawienie jest w Jezusie”, “Jezus zbawił nas swoją krwią”. Wszystko to prawda, ale głębszy sens tych słów gdzieś się po drodze rozmył i pobrudził.
Więc siedzę sobie dzisiaj w kościele i podczas kazania rozmyślam o tym co to dla mnie znaczy, że zbawienie jest tylko w w Jezusie. No i pewnie doszłam do jakiś herezji, ale i tak się tym podzielę.
Dla mnie zbawienie zawsze znaczyło coś więcej niż tylko gwarancję nieba. Znaczyło, że tu i teraz mogę być zbawiona od grzechów, niedoskonałości, zniewoleń, przekleństw. Nie tylko od skutków (czyli chyba potępienia) ale od samych tych rzeczy. Znaczyło, że mogę wrócić do pełni człowieczeństwa, takiej, jaka była przed pojawieniem się grzechu i przekleństwa między ludźmi. Bo wtedy wszystko było inaczej. Wtedy kobieta była równa mężczyźnie, tak samo jak mężczyzna była stworzona na obraz i podobieństwo Boga, wtedy mężczyzna nie dominował nad kobietą. Wtedy ludzie nie nienawidzili się nawzajem, ufali sobie i Bogu, nie musieli się niczego wstydzić. Przyroda była piękna i nieskażona. Nawet jeśli ten obraz jest tylko alegorią to i tak dużo mi mówi – mówi mi o idealnym świecie w jakim ludzie mieli żyć.
A potem jest grzech, przekleństwo i zaczyna się historia zbawienia. Historia usiłowania zbawienia rasy ludzkiej od wszystkiego co w ludziach niedoskonałe a co się w międzyczasie pojawiło. A Jezus jest tej historii ukoronowaniem. Przychodzi i traktuje kobiety, niewolników i pogan jak ludzi, jak równych temu uprzywilejowanemu gatunkowi jakim był żydowski mężczyzna.
Feminizm, ekologia, abolicja, humanizm… wszystko to ma na celu oczyszczenie człowieczeństwa z naleciałości i przekleństw – z męskiej dominacji, z niewolnictwa, z zanieczyszczenia, z nienawiści, słowem powrót do raju. Ale do raju powrót jest tylko jedną drogą – tą wąską. Dlatego nie podoba mi się feminizm akcyjny, agresywne zachowania ekologów, abolicja za pomocą narzędzi wojennych i szamański humanizm, bo mają one na celu zaoferowanie zbawienia ludzkości w inny sposób – zewnętrzny a nie od wewnątrz, od środka każdego z nas. Jestem za wyzwoleniem wszelkiego rodzaju współczesnych niewolników, ale nie mogę zbawić całego świata. Mogę natomiast zacząć od siebie, zapierać się siebie (ach, jak to staroświecko brzmi), szukać swojego zbawienia i starać się dawać dobry przykład. Co wcale nie znaczy, że już dzisiaj dokładnie wiem jak to zrobić.
Cztery wieki temu (prawie) osiedlili się w Ameryce pielgrzymi – kalwiniści, religijni separatyści. Myśleli, że jak się odseparują od reszty grzesznego świata to znajdą raj. Znam takie grupy ludzi również w dzisiejszej Polsce. Ale powrót do raju nie odbędzie się poprzez separację, tylko poprzez zbawienie od tego, co w nas ludziach najgorsze, pozbycie się zła ze środka nas.
Zbawienie nie jest w feminizmie, humanizmie czy ekologii, jest w Jezusie. Jak? Zaczyna się od mojej osobistej wiary i zbawienia od moich przywar. Jestem feministką, bo jestem chrześcijanką. Pragnienie uszanowania i wyzwolenia kobiet bierze się z mojego osobistego chrześcijaństwa. Bo wiem, że tak miało być, że na początku tak było. Analogicznie jest z wyzwoleniem niewolników, z oczyszczeniem środowiska…
Wierzę Jezusowi i z tego wynika cała reszta mojego życia.
mąż a feminizm
Miałam kilka dni temu bardzo ciekawą dyskusję z moim kochanym i przyznam szczerze, że nieco zaskoczyły mnie jego przemyślenia i wnioski. Zaczęło się od luźnej rozmowy o feminiźmie, przy której to rozmowie zauważyłam, że mój miły broni się bardzo przed przyznaniem się do feminizmu (podobnie jak to w komentarzach kilka postów temu robił popieluch). Kilka pytań kontrolnych wystarczyło, żeby się przekonać, że z ideami feministycznymi się zgadza, przynajmniej w większości, ale nie cierpi tego, jak feminizm jest widziany i nie chce być z nim utożsamiany. Ale aż do naszej rozmowy był przekonany, że feminizm to przeciwieństwo szowinizmu. Wlazłam więc szybciutko na wiki, przeczytałam definicje i co się okazało? Że szowinizm to “wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania…” a feminizm to “to ideologia i ruch społeczny związany z ruchem równouprawnienia kobiet.” Uczucie a ideologia, więc nawet nie na tej samej skali.
Tłumaczę, że chodzi o szacunek dla kobiet i ich wolność wyboru we wszelkich dziedzinach życia, itd itp… Miły na to, że wszystko fajnie, że się zgadza, tylko po co używać tego skompromitowanego słowa “feminizm”? Ja mu na to, że dla człowieka myślącego nie ma problemu, żeby rozumowo przejść nad tym jak bardzo skompromitowane jest samo słowo i po prostu utożsamiać się z ideami. A on – ale po co? Po co rozumowo przekonywać człowieka do feminizmu, skoro on/a emocjonalnie zatrzyma się na słowie i nie ruszy dalej? To już nie jest praca u podstaw, to jest syzyfowa praca, donkiszoteria.
Nie wiem jakie są doświadczenia innych, ale moje własne pokazuje, że przekonanie myślących ludzi do idei feminizmu nie stanowi żadnego problemu, zazwyczaj ludzie ci są już przekonani. Problem stanowi zaakceptowanie ‘tego’ słowa na F, bo ma ono zbyt duże i głęboko sięgające konotacje emocjonalne. Były kiedyś emancypantki, były sufrażystki, spełniły swoją rolę, przeszły do historii, wiele im zawdzięczamy. Pomimo szczytnych idei, te słowa na E i na S, też się trochę skompromitowały. Cytat z wiki -
Trudno dokonać jednoznacznej oceny ruchu sufrażystek. “Konstytucjonalistki”, które prowadziły walkę na drodze prawnej, były ruchem o znacznie większym zasięgu społecznym i stopniowo zdobywały coraz większe poparcie społeczne dla swoich żądań. Pytanie, czy taktyka “radykałek” przyspieszyła, czy opóźniła sukces ruchu pozostaje bez odpowiedzi, choć niektórzy uważają, że w konserwatywnych społeczeństwach radykalizm źle przysłużył się sprawie. Faktem jest jednak, że miano sufrażystek kojarzy się dziś z tymi kobietami, które uciekały się do akcji bezpośrednich, podczas gdy działalność mas cichych zwolenniczek ruchu poszła w zapomnienie.
To, czego się nie lubi w feminiźmie to radykalizm. Feminizm szerokim masom też nie kojarzy się z tymi kobietami (i mężczyznami), które po cichutku albo i nie, metodycznie, w swoich środowiskach pracują na rzecz poprawy sytuacji kobiet. Kojarzy się z tymi, które robią wiele szumu i zamieszania, walczą z mężczyznami, stosują agresję. Nie tak miało być.
Nieco zdezorientowana, pytam więc miłego mego ‘To jak myślisz, co można zrobić?’ A on - ‘zostawić za sobą to skompromitowane słowo i działać pomimo wszystko’. Ja – ‘no dobrze, ale jakoś trzeba się utożsamiać, a poza tym, jeśli już jest słowo, to czy nie lepiej jednak tłumaczyć ludziom, że znaczy ono co innego niż im się wydaje, że znaczy?’
‘A do kogo chcesz dotrzeć? Kto jest twoją grupą docelową? Inteligentni, świadomi ludzie, czy ci z mas, którzy nie do końca rozumieją, a których sytuacja wymaga zmiany?’ I tu mnie zabił. Uświadomieni już wiedzą. Nieuświadomieni są nieuświadomieni właśnie dlatego, że nie mają możliwości, albo dlatego, że emocjonalne odrzucenie słowa blokuje racjonalne przyjęcie idei i działanie w zgodzie z nią. I jestem w kropce. Pomożecie?
język wykluczający
Co do braku odpowiednich określeń i niedoskonałości języka w temacie równości płci (‘miała dość jaj’ jako określenie szacunku – patrz komentarze pod poprzednim postem) to jeden z moich wykładowców kiedyś fajny eksperyment zrobił. Jest nas na sali 15 osób, z czego 12 lub 13 to kobiety. Wykładowca przez całe zajęcia zwraca się do grupy per ‘panie’ – Jak będą panie gotowe, to zaczniemy, niech mi panie powiedzą, czy zrobiły panie zadanie domowe?… wszystko z pełną premedytacją. Na koniec zajęć pyta się facetów czy czuli się nieswojo, oni odpowiadają że oczywiście tak. Na co wykładowca (określa się jako badacz gender) że tak samo kobiety czują się w świecie patriarchalnym i przystosowanym dla mężczyzn. Najbardziej jednak zadziwiło mnie co innego – na każde ‘panie’ skierowane do grupy mieszanej przecież, moje wnętrze odruchowo reagowało zmieszaniem, poczuciem nieadekwatności sytuacji, swego rodzaju zawstydzeniem. Chciałam odruchowo, żeby sprawiedliwości stała się zadość, żeby wykładowca do pań zwracał się jak do pań, a do panów jak do panów. Żeby mężczyźni byli uznani za mężczyzn a nie doklejani na siłę do kobiet. A mężczyźni tak chyba nie mają. Na palcach jednej ręki mogę policzyć takich, których znam, a którzy czują się niewygodnie jak publicznie odmawia się kobiecie prawa do kobiecości i wtłacza się ją w męskie wzorce.
poszukiwania środka
Jestem osobą, która spędziła dzieciństwo i młodość na ciągłej zmianie skrajności, czyli na wpadaniu z jednej skrajności w drugą. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale dla mnie samej wydawało się to najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Albo coś jest czarne albo białe, kocham albo nienawidzę, oni mnie kochają albo mnie nienawidzą… Cokolwiek by to nie było, dochodziłam do zrozumienia rzeczy i zdarzeń określając jak blisko i którego ekstremum się rzeczy te znajdują. Ale zdarzyło się w moim życiu kilka rzeczy, które spowodowały u mnie dojrzewanie i rozwój. Dziś naturalną i dojrzałą postawą wydaje mi się odnalezienie środka, złotego środka niemalże. Często mówię, że życie to sztuka wyborów i kompromisów. W niektórych dziedzinach życia środek znalazłam, w innych jeszcze długa droga przede mną. Dzisiaj chyba najbardziej potrzebuję zlokalizować mój środek w chrześcijaństwie i w feminiźmie, oraz współistnienie we mnie tych dwóch. Trafiłam ostatnio na dwa artykuły (linki za chwilę), które nawiązują do problemu skrajności i środka. Z jednej strony ten artykuł dający dużo do myślenia, a z drugiej taki artykuł, a szczególnie ten fragment:
Ania Kaplińska (1971) jako feministka po studiach myślała o wszystkim poza dzieckiem. – Żyło się od reportażu do reportażu, od balangi do balangi – wspomina. Gdy w wakacje lało, jej mąż Dominik (1973) pakował się z Anią do samolotu i lecieli na Maltę. Szaleli, aż przytrafiło się dziecko. – Teraz z perspektywy widzę, jaka pustka była w naszym życiu. No bo ile można jeszcze wypić nowych drinków i ile krajów zwiedzić? Człowiek chce, żeby zmiany w życiu były czymś więcej niż tylko nową sofą w salonie – mówi Ania.
Teraz Malta wysiada przy radości, z jaką Dominik zawiezie małą Zosię przyczepką rowerową na pobliskie glinianki.
Posiadanie dziecka, które “się przytrafiło”, jest przeciwstawione feminizmowi, który wg autorki artykułu, przejawia się szaleństwami, balangowaniem, imprezami, alkoholem i dzikimi wakacjami. Wygląda na to, że jednak nie mam szansy być prawdziwą feministką, bo nic z tych rzeczy nie występuje w moim życiu (no może ździebko alkoholu), nawet dziecko się nie “przytrafi” samo, bo jest tak jakby planowane… Wariactwo i nieodpowiedzialność za swoje życie są jak dla mnie równie antyfeministyczne jak świadome zamknięcie się w roli kury domowej. Komuś chyba zależało na tym, żeby komuś innemu zrobić zamęt w głowie przedstawiając feminizm jako brakujące ogniwo w rozwoju kobiety z dziewczynki w kurę domową.
Za to pierwszy przytoczony artykuł wciągnął mnie mocno. Historia kobiety, która kładła podwaliny pod amerykański ruch racjonalnego feminizmu i ruchu pro-choice, potem wybierając drugą skrajność, czyli duchowość mocno katolicką i pro-life. Imponuje mi w niej, a przynajmniej w tym jak opisana jest jej historia, że przejście na katolicyzm nie było decyzją jednej chwili, że “dojrzewała” do tego latami, oraz to, że nie widzę w niej postaw agresywnych. Wydaje się, że odrzucając wściekły radykalny feminizm i poszukując własnej duchowości znalazła swój środek. Ja swojego jeszcze szukam.
Widzę tę słabość w feminiźmie, że nie daje on możliwości ustawienia się pomiędzy skrajnościami, bo bardzo często jest w nim tylko jedna skrajność. Feminizm polski jest lewicujący albo lewacki. Jeśli ani jedno ani drugie, to szybko znika bo brak agresji nie pozwala przetrwać. Pozostaje tylko praca u podstaw. Nie wiem jak rozpropagować idee równości kobiet i mężczyzn wobec prawa, wobec społeczeństwa i jego instytucji, wobec Boga i kościoła. Jak mówię o sobie feministka, to po chwili widzę wbity we mnie wzrok pt: heretyczka (to w kościele) lub furiatka (poza kościołem). A jak mówię o samych przesłaniach ideowych feminizmu bez używania ‘tego’ słowa, to towarzyszy mi przytakiwanie “tak, tak, wiemy, to ważne sprawy, ale przecież nic złego się nie dzieje, można to zostawić na później, nie trzeba robić z tego afery…” I jak tu się znaleźć pomiędzy byciem wygwizdaną a zignorowaną?
Z moim chrześcijaństwem jest podobnie, ale to już następnym razem…