Leciał w niedzielę Tewje mleczarz w mojej najulubieńsiejszej wersji – z Ustinovem. Moim zdaniem arcydzieło, do którego zawsze z najwyższą przyjemnością wracam. Za każdym razem zwracając uwagę na inny aspekt obserwowanej przez Tewjego rzeczywistości. Tym razem padło na miłość (ach jakież to oklepane).
Pierwsza córka Tewjego błaga go, by pozwolił jej wyjsć za mąż za tego, któremu ona obiecała swoją rękę i całą resztę ciałka. Tewje chciał dla niej dobrze, chciał by nigdy jej nie zabrakło chleba, by żyło jej się wygodnie. A ona woli biednego krawca. Dlaczego? – bo go kocha.
Druga córka nie błaga o pozwolenie – oznajmia że wyjdzie za mąż za tego, którego sobie wybrała i jedyne o co prosi to ojcowskie błogosławieństwo. Bo oni się kochają.
Trzecia córka o nic nie prosi i pomimo sprzeciwu ojca wychodzi za mąż. Dlaczego? – bo się kochają.
Tewje skonfudowany pyta żony – a czy ty mnie kochasz? Ona równie skonfudowana – że skoro spędziła z nim ćwierć wieku, dzieli z nim łoże, urodziła mu pięcioro dzieci, dba o niego na codzień to chyba go kocha. Bo jak to nie jest miłość to co nią jest. Jednak ich córki chyba mają na myśli coś innego niż rodzice.
Przypomina mi się jeden filmik z J.Lo (żadne arcydzieło, ale się przyjemnie ogląda) w którym rozważa ona wyjście za mąż za człowieka którego zna od dzieciństwa i nawet lubi ale nie kocha. Ojciec opowiada jej o własnym zaaranżowanym małżeństwie z kobietą którą poznał w dniu ślubu chyba a z którą w miarę trwania małżeństwa nauczył się nawzajem doceniać, szanować – kochać jednym słowem. I znowu zderzenie dwu zupełnie różnych koncepcji kochania pokazany na przykładzie dwu pokoleń.
I jeszcze jeden film – ten mnie zdenerwował konkretnie. Titanic Camerona. Ona, piękna siedemnastoletnia, bogato zaręczona, myśląca na dodatek, on biedny artysta z zamiłowaniem do podróży. Dzieli ich wszystko a łączy miłość. A przynajmniej tak pan Cameron chce żebyśmy myśleli. Cztery dni kończące się wybuchem namiętności i zatonięciem statku (może w wyniku tego wybuchu). On tonie, ona przybiera jego nazwisko, po czym żyje przez kolejne chyba osiemdziesiąt lat z dala od tego wszystkiego co miała przedtem. Jedno udaremnione samobójstwo + kilka rozmów + kilka szaleństw + jeden rysunek + jeden seks + jeden zatopiony statek = wielka nieskończona miłość. Panna owa (choć przybrane nazwisko nieszczęsnego artysty sugeruje że uważa się raczej za wdowę) żyje jak już powiedziałam kolejne osiemdziesiąt lat. Wychodzi za mąż, rodzi dzieci, dzieci mają dzieci – niańczy swoje wnuki, patrzy jak dorastają, ma szczęśliwą (w miarę) rodzinę. Wszystko to w domyśle, bo w opowiadanej historii jest tylko dziewczyną z Titanica. W chwili śmierci przenosi się by być ze swoim mężem, z którym przeżyła wiele lat, któremu dbała o dom, z którym dzieliła łoże, któremu urodziła dzieci…. ależ skąd! Przenosi się tam gdzie doświadczyła przelotnego romansu i chwili wariackiej namiętności – na Titanica.
Rzadko występuję w takiej roli ale dzisiaj jestem zwolenniczką tradycji miłości. Niech sobie każdy mówi co chce, ale serwowana nam dzisiaj papka romansowo-namiętnościowa z miłością ma naprawdę niewiele wspólnego. Człowiek kocha sobą a nie swoimi instynktami. Jesteśmy czymś więcej niż tylko niewolnikami instynktów i namiętności, jesteśmy istotami rozumnymi. A pop-kultura uparcie robi z nas bezmyślne zwierzątka kierujące się chucią nazywaną zmyłkowo miłością.
Ta wersja “Skrzypka” tez jest moja ukochaną
A filmowe love story? Cóż, masz rację – filmy serwują nam papkę. Aż dziwne, że na wzór bajek napisy końcowe nie zawierają frazy “a potem żyli długo i szczęśliwie…”.
Miłość ( nie mylić z zakochaniem!) jest ważna w życiu, ale musi być źródłem szacunku i wzajemnego oparcia, a nie tylko poczucia własności drugiej osoby.
A tak – było o miłości i o chuci ale nie było o zakochaniu, a to trzecia kategoria, która rzeczywiście ma duży wpływ na pop-kulturę… racja… true… true…