A było to tak…
Miałam lat 19, zdaną maturę, brak pracy i pieniędzy na kształcenie się, za sobą nieudany choć długi jak na nastolatkę związek, przyjaźnie polegające na wspólnym piciu, brak chęci na cokolwiek i wypisany na twarzy wielkimi literami ból istnienia. Zjawił się on – mój kuzyn i powiedział że już nigdy nie będę musiała martwić się ani o przyjaźnie ani o pieniądze bo Amway da mi to wszystko. Trochę się wahałam, ale parę razy zobaczyłam prezentację, wymyśliłam i zwizualizowałam swoje marzenia… i się nawróciłam. To była euforia. Nic nie trzeba było sprzedawać, tylko szukać ludzi, którym można by sprzedać pomysł nic nie sprzedawania tylko szukania ludzi… A że ja nie cierpię sprzedawać i lubię ludzi to wydawało się najprostszą robotą na świecie. I jeszcze te wspaniałe konferencje i tysiące rozentuzjazmowanych ludzi wokół. I znowu świat był piękny. Przez kilka miesięcy. Emocjami nie da się całego życia rozegrać, a już z pewnością człowiek taki jak ja nie jest w stanie emocjami zarabiać.
A teraz wstaw kochany czytelniku Protestantyzm w miejsce po Amway-u.
No jasne że to nie to samo. Protestantyzm nie mówi człowiekowi że ma nic nie robić, tylko wierzyć. Protestantyzm nie mówi, że najważniejszą rzeczą jest lojalność wobec organizacji, słuchanie nauk płynących z pulpitu i szukanie nowych adeptów do wierzenia i nic nie robienia. Adepci protestantyzmu nie wyszukują ludzi słabych, rozbitych i w trudnej sytuacji by ich wkręcić w swój system dobrego samopoczucia i nic nie robienia. Jesteśmy trenowani w akwizycji.
Jedną przewagę miał Amway – ustawiał kobiety na równi z mężczyznami.
Eeee, gorycz przez panią przemawia. Stając w obronie obu instytucji powiem, że proszek do prania amwaya dla małych dzieci był jedynym, który nie uczulał mojej młodszej córki a witaminki naprawdę dają radę. A jeśli idzie o protestantyzm – ostatecznie czasem pośród tych prozelitów systemu trafi się jakiś fajny ludź. Bez jaj – cały czas siedzimy na tej gałęzi, to może nie podcinajmy jej tak ostentacyjnie. No nawet jak siedzimy jednym półdupkiem :p
Czasem gorycz przemawia. I nie chodzi mi o PRODUKT, który bywa rzeczywiście dobry, a o SYSTEM, sposób działania.
Prawda – wciąż jeszcze na tej gałęzi siedzę, ale siedzę tak daleko, że gałąź się wzięła i ugięła i moja część jest tak blisko ziemi że aż kusi żeby zeskoczyć bez odcinania czegokolwiek…
nosz cudownie zwinęłaś mi metaforę z tą gałęzią
A poważnie: jeśli przewagą Amwaya jest kwestia kobieca, to drugą jest w ogóle fakt istnienia produktu. Bo w protestantyzmie system jest produktem i ostatecznym celem (idąc za twoją interpretacją). Pytanie – czy nie jest tak z każdą ‘religią’, a więc rzeczywistością, gdzie nie ma ‘namacalnego produktu’, jest tylko ‘idea’?
No to teraz ateistka: loniu, tak nie można. Protestantyzm jest nastawiony na zbawienie, na dobro, a Amway na trzepanie kasy. Nawet jeśli w samej wpsólnocie parafialnej (czy szerzej) coś nie jest dobrze, to i tak walczysz z sobą o siebie, a wpsólnota może w tym wypadku być próbą. Powinnam namawiać na zeskok z gałęzi, ale…
Amway to ciekawy przykład jest, bo niby trzepanie kasy, ale w stronę jakiejś idei niby, dobra. A protestantyzm teleewangelistów to w drugą stronę. Niby idea, dobro, ale w stronę trzepania kasy.
Szczęśliwie – tu nie ma w przeciwieństwie do amwaya jakiejś scentralizowanej hierarchii, więc dla wszystkich się miejsce znajdzie. Ciekawą w tym względzie była obserwacja aktywności amerykańskich kościołów w trakcie kampanii wyborczej. Po obu stronach.
A ja myślę że oba systemy (w odróżnieniu od produktów – proszku i zbawienia) nastawione są na władzę – rzędu dusz lub kupy zielonych.
Socjopawianno – nawet jak zeskoczę z tej gałęzi to nie w stronę ateizmu ale w stronę anarchizmu, bo ja nie przeciw wierze występuję, ale przeciw zamknięciu tej wiary w system. Ale miło mi, że chętnie powitałabyś mnie wśród swoich, zawsze to fajnie być mile widzianym
Mnie się marzy rozdział między wiarą a organizacją kościelną…
tak się nie da…