Chyba w duszy (choć w duszę nie wierzę) jestem anarchistką. Znaczy to mniej więcej tyle że brzydzę się władzą jednego człowieka nad drugim. Władzą w szerokim tego słowa rozumieniu. Plasuję się prawdopodobnie gdzieś w okolicach anarchofeminizmu (Głównym wyróżnikiem anarchofeminizmu jest pogląd, że działanie państwa jest tak samo zniewalające, jak tradycyjne związki rodzinne i seksualne – wikipedia) albo anarchizmu chrześcijańskiego, albo połączenia obu i pomieszania z ideą obywatelskiego nieposłuszeństwa. Niezły ze mnie kundel – mieszaniec bezrasowy, jedynie poszczególne elementy konstytuujące mnie świadczyć mogą o tym że krew jednej lub drugiej rasy płynie w moich żyłach.
Piszę o tym, bo mnie refleksja naszła na temat władz kościoła i kościelnych.
Byłam sobie ostatnio wraz z mężem moim kochanym na konferencji dotyczącej zarządzania kościołem i zachowania władz protestanckich kościołów lokalnych. Pomyślałby ktoś, że to jaka wielka machina jest że trzeba tak nią zarządzać i debatować o tym. Zbory mają od 15 do 100 członków. Zadziwiła mnie ponad godzinna dyskusja o tym czy starszych należy nazywać starszymi, czy radą, czy pastora nazywać pastorem czy przełożonym, itp, itd. Podzieliłam się później z jednym z pastorów swoimi refleksjami w temacie. Powiedziałam, że całe to gadanie o władzy i niemalże dopominanie się o władzę i uznanie jest moim zdaniem mocno nie na miejscu. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie władza tylko służba zarządzania kościołem, że starsi (zarządzający) są jak rodzice opiekujący się kościelnikami jak dziećmi, że ludzie w kościele sa jak dzieci, które trzeba prowadzić i dokonywać za nich co trudniejszych wyborów. Że nie może być tak że sobie kościelnik decyduje sam o sobie bo to jest niebiblijne. Że decyzje dotyczące przyszłości kościoła jako lokalnej wspólnoty nie są i nie powinny być podejmowane wspólnie ale przez zarządzających kościołem. Bo kościelnicy nie są rozwinięci wystarczająco mocno żeby podejmować trudne decyzje, nie mają odpowiednich kwalifikacji duchowych… itp itd. U końca rozmowy byłam przygnębiona myślą że tak może być nie tylko w jednym ale w wielu innych podobnych kościołach, gdzie pastor 20-30 osobowej trzódki czuje się jak pan na włościach. Drażniły mnie zwroty “mój kościół”, “moi ludzie”, “mamy ludzi i budynek”. koszmar…
Dowiedziałam się też o miejscu kobiety w kościele.
Że są cztery zasadnicze podejścia – 1. kobieta w kościele milczy i amen, 2. kobieta może otworzyć usta ale broń Boże w sprawach istotnych, 3. kobieta może służyć, ale nie w kaplicy (szkółka, kuchnia), ewentualnie w służbie muzycznej, 4. kobieta może wszystko to samo co mężczyzna. Za poglądem pierwszym było może 15 procent uczestników, za poglądem drugim i trzecim mniej więcej po 40 procent, kilka osób opowiedziało się za opcją nr 4, niestety byłam w tej grupie jedyną kobietą. Niestety dla grupy, bo przez to zostałam poproszona by zabrać głos i wytłumaczyć się ze swojego stanowiska. Co też uczyniłam i powiedziałam co myślę. Normalnie moje pięć minut (na kolejne pięć pewnie poczekam kilka lat). Powiedziałam że przed grzechem, gdy świat był idealny, kobieta i mężczyzna zostali stworzeni jako równi sobie i wszelkie odchylenia od tej równości są hołdowaniem tradycji grzechu.
Więc jestem anarchistycznym kundlem. Nie życzę sobie najmniejszej choćby ingerencji zarządu kościoła w moje życie, jestem więc elementem anty-społecznym, anty- (dopisać sobie proszę co kto chce)… Również dlatego że marzy mi się rozpierniczenie w drzazgi obecnej (męskiej) i każdej innej hierarchii kościelnej.