Archiwum dla wrzesień, 2008

24
wrz
08

prawdziwa kobieta

Była sobie kiedyś czarna kobieta, niewolnica. Przeszła wiele dobrego, ale najpierw wiele złego, dożyła wyzwolenia, stała się wędrowną kaznodzieją i popełniła przemówienie, które przeszło do historii. Była rewolucjonistką, zmieniła amerykańskie myślenie o kobietach i kształt tworzącego się wtedy ruchu kobiet. Za feministycznym thinktankiem polecam państwu – Sojourner Truth: Czyżbym nie była kobietą? (przemówienie wygłoszone w 1851 roku na konwencie Kobiet w Ohio)

No cóż, moje dzieci. Gdzie panuje bałagan, tam coś musi szwankować. Myślę, że między Czarnymi z Południa i kobietami z Północy, wszystkimi mówiącymi o prawach, biały mężczyzna szybko znajdzie się w kropce. Ale o czym właściwie mówimy?

Ten tam człowiek powiedział, że kobiety potrzebują pomocy w podróży, trzeba je przenosić przez rów, no i wszędzie muszą mieć najlepsze miejsce. Mnie nikt nigdy nie pomagał wsiadać do powozu ani nie przeniósł mnie przez błoto, nigdy też nie dostałam najlepszego miejsca. Czyżbym nie była kobietą?

Spójrzcie na mnie, spójrzcie na moje ramiona! Orałam i sadziłam, chodziłam do obory i żaden mężczyzna nie musiał mnie tam prowadzić. Czyżbym nie była kobietą? Umiem pracować jak mężczyzna i jeść jak mężczyzna – jeśli tylko tyle dostanę – a także jak mężczyzna znosić chłostę. Czyżbym nie była kobietą?

Urodziłam trzynaścioro dzieci i musiałam patrzeć na to, jak większość z nich została sprzedana w niewolę. Gdy krzyczałam w matczynej rozpaczy po ich stracie, nikt poza Jezusem mnie nie słyszał. Czyżbym nie była kobietą?

Oni jednak mówią o czymś w głowie. Jak to nazywają? [ktoś z publiczności szepcze - intelekt]. Tak jest, kochanie. Jak się to jednak ma do praw kobiet i Czarnych? Jeśli moje naczynie nie mieści więcej jak pół kwarty, a wasze zawiera całą kwartę, czy to oznacza, że macie prawo odmówić mi mojej skromnej połówki?

Jednak ten tu mały człowiek ubrany na czarno, powiada, że kobiety nie mogą mieć tyle samo praw co mężczyźni, bo Chrystus nie był kobietą! Skąd się wziął ten wasz Chrystus? Skąd się wziął ten wasz Chrystus? Z Boga i kobiety! Mężczyzna nie miał z Nim nic do czynienia!

Jeśli pierwsza kobieta, jaką Bóg kiedykolwiek stworzył, była na tyle silna, by sama wywrócić świat do góry nogami, kobiety razem powinny być zdolne odwrócić go z powrotem na właściwą stronę! A teraz tego żądają – lepiej żeby mężczyźni dali im to zrobić.

Pięknie dziękuję, że mnie wysłuchaliście. Stara Sojourney Truth nie ma nic więcej do dodania.

Przemówienie krótkie, ale wielkie.

23
wrz
08

Fantazja Współczesnej Kobiety Sukcesu

Znalezione na fantastycznym, niedawno odkrytym blogu alebalagan

Po ciężkim dniu w biurze, późnym wieczorem w końcu dotarła do ulubionego pubu. Usiadła przy barze i delektowała się ulubionym drinkiem. Taaak… tylko tutejszy barman potrafi zrobić go, tak jak ona lubi. Rozejrzała się po sali i zobaczyła w drzwiach najwspanialszego mężczyznę w swoim życiu. Wysoki… umięśniony…przystojny… hmmm… Gęste ciemne włosy… Piękne, błyszczące zielone oczy… Każdy jego ruch był tak męski i zmysłowy, że nie mogła od niego oderwać oczu. Mężczyzna szybko zorientował się, że jest obserwowany i z chytrym, seksownym uśmiechem podszedł do niej. Zarumieniła się. Chciała przeprosić, że się gapiła ale jej nie pozwolił. Przerwał jej, nachylił się nad nią i wyszeptał jej swoim głębokim, miękkim głosem do ucha:
- Zrobię dla ciebie wszystko czego pragniesz. Cokolwiek, o czym do tej pory mogłaś tylko marzyć. A zrobię to za jedyne 50 $. Jest jednak jeden warunek.
Kobieta, drżącym już z wrażenia głosem, spytała jaki to warunek. On odpowiedział:
- Musisz powiedzieć czego pragniesz w trzech słowach.
Kobieta patrząc w jego oczy o hipnotycznym spojrzeniu rozważyła propozycję i sięgnęła do swojej torebki. Wyjęła banknot 50$. Na serwetce napisała swój adres i zwinięte razem wcisnęła w oczekującą na to silną męską dłoń, po czym nachyliła się w jego stronę i wyszeptała trzy słowa:
- Posprzątaj … moje … mieszkanie …

Taaa… zawsze mówię, że najlepszą grą wstępną jest dobrze przez męża wysprzątane mieszkanie, widać działa nie tylko w przypadku mężatek :)

i druga ze znalezionych na wspomnianym blogu fajowych rzeczy, podpisuję się obiema rękami -

Ostatnio podczas intensywnych  rozmyślań o partnerstwie i niepartnerstwie w pracy domowej nasunął mi się przed oczy obraz z dziedziny odległej od garów, pieluch, czy ścierania kurzu. Przypomniałam sobie igrzyska zimowe w Albertville i swoje bezbrzeżne zdumienie, że szybkie zamiatanie lodu przed toczącym się kamieniem zostało uznane za dyscyplinę sportową. Curling – bo o nim mówię – jest dyscypliną faktycznie dziwaczną. Uprawiający curling zapewniają, że to istne szachy na lodzie – sport fascynujący i przyjemny – choć wcale nielekki. Dlaczego jednak przyszło mi do głowy takie skojarzenie?

Ano dlatego, że praca pełnoetatowej gospodyni domowej jest jak curling – wieczne zamiatanie lodu przed sunącym przez karierę zawodową mężczyzną-rozpędzonym kamykiem. Usuwanie mu spod nóg prozaicznych przeszkód, torowanie i wygładzanie drogi, czasem korekta kierunku…

Tyle że w curlingu medal dostają zawodnicy – a w życiu kamyki!

22
wrz
08

staty

Podobno każdy bloger popełnia wcześniej czy później taki wpis. Zawsze myślałam, że na mnie to nie przyjdzie, ale jednak – mocno bowiem się zdziwiłam, jak przeczytałam niektóre frazy po wyszukaniu których google kierował ludzi na moje podwórko. Niektórych powinnam się była spodziewać, na przykład: kobieta jest równa mężczyźnie albo feministyczne zarty. Inne wydają się ociupinkę zaskakujące, jak widok pod spódnicą, inne natomiast rozwalają na łopatki, sami oceńcie (pisownia oryginalna)

facet legginsy

legginsy dla mężczyzn

podwiazka na nodze meszczyzny

Pewnie mogłoby być gorzej, ale czy ja naprawdę piszę o takich rzeczach? Litości…

17
wrz
08

klub dla pań

Przeczytałam dzisiaj niezwykle ciekawy post na jednym z moich ulubionych blogów – genderblox, w którym autorka opisuje nieco ze zwyczajów społeczności kobiet w kulturze muzułmańskiej. Zaskoczył mnie bardzo ten wpis, bardzo pozytywnie zaskoczył. Ponieważ na co dzień mam dużo do czynienia z osobami pochodzącymi z innej kultury, często wydaje mi się że jestem bardzo świadoma zarówno inności kulturowej jak i – przez kontrast – swojej własnej kultury i wpływu tejże na moje postrzeganie świata i postępowanie. Ten wpis uświadomił mi jak niewiele wiem i jak wąskie jest moje postrzeganie kultury, jak bardzo ograniczone do postrzegania kultury zachodniej jako jedynej prawdziwej kultury. Aż mi wstyd. Ale jednocześnie cieszę się bardzo i dziękuję autorce za ten niezwykle odświeżający i ożywczy powiew z innego świata.

W kontekście tego wpisu przypomniał mi się pewien artykuł znaleziony milion lat temu na onecie. W tymże artykule napisano:

Wprawdzie kapłaństwo u katolików jest zarezerwowane dla mężczyzn, ale przecież duchowieństwo stanowi niewielki procent wszystkich wiernych. Badania socjologiczne potwierdzają ogólną tendencję, że nasze parafie tętnią życiem głównie dzięki kobietom.

No i tak sobie pomyślałam że w kulturze zachodu kościół (przynajmniej protestancki) jest takim odpowiednikiem islamskiego haremu. Oczywiście jesteśmy zwolennikami monogamii, ale tylko fizycznej. Na poziomie społecznym i emocjonalnym kościół funkcjonuje jak harem – pastor – mężczyzna, mający do pomocy kilku pomocników (starszych, funkcyjnych) zawiaduje grupą kobiet i nieaktywnych mężczyzn (pozostających jednak w mniejszości). Kobiety są przygotowywane do roli cichych, uległych, nieaktywnych i nieodzywających się, pozostających pod opiekuńczymi skrzydłami pastora/kościoła/haremu. Dzięki temu skromnemu wglądowi w kulturę wschodu zaczynam rozumieć dlaczego kobiety w naszych kościołach chętnie pozostają w tych cichych i usłużnych rolach i czemu tak bardzo bronią się przed wyzwoleniem ich z tych okowów. To dla nich bezpieczne miejsce, ochraniany mocą pastora wygodny klub dla pań, miejsce spotkań z przyjaciółkami, miejsce kultywowania wewnętrznej, ukrytej przed światem kultury kobiet.

No i po co ja się szarpię żeby to zmienić?

07
wrz
08

edukacyji przykład…

Uczennica (siedzi na krześle ale albo po turecku albo na jednej nodze, drugą trzymając na krześle obok)

Nauczycielka: usiądź porządnie, tak nie powinna siedzieć elegancka kobieta

Uczennica: ale ja nie jestem elegancka kobieta

Nauczycielka: ale powinnaś być, wy to się wogóle lepiej uczcie angielskiego, bo jak poznacie angielskich chłopaków…

Ja: Ręce opadają…

03
wrz
08

milcząca obecność

Czytam ostatnio książkę Elżbiety Adamiak pod tytułem właśnie “Milcząca obecność”. Książka ma dość skromne gabaryty, a mimo to treść powala – zarówno ilością argumentacji jak i ilością tejże. Skoncentrowana jest wokół kobiecej obecności w kościele i komentowania na różne sposoby jak i dlaczego ta obecność jest właśnie milcząca. Po prostu cudo, polecam każdemu.

Ale przypomniałam sobie o niej dzisiaj bo zdarzyło się coś innego wartego wspomnienia. A może raczej nie zdarzyło się. Ok, koniec tajemniczości. Byłam dzisiaj na praktykach w gimnazjum (tak, zamierzam zostać nauczycielką). Praktyki na razie polegają tylko na obserwowaniu. Miałam obserwować nauczycielkę i stosowane metody nauczania, ale moja natura wzięła jednak górę i zamiast nauczycielki obserwowałam uczniów. Byłam na kilku lekcjach i na wszystkich widziałam to samo – chłopcy bardzo wyraźnie zaznaczali swoją obecność, na różne sposoby – rzucając się różnymi rzeczami, ostentacyjnie szurając krzesłami, przekomarzając się z nauczycielką, prowadząc głośne rozmowy, podlizując się nauczycielce, lub chociażby przyjmując niestandardową postawę na krześle. Wydawało mi się, że nie miało większego znaczenia czy zrobią dobre czy złe wrażenie, byleby tylko ściągnąć na siebie uwagę. A dziewczynki? Jakby ich nie było – grzeczne, ciche, spokojne, odzywające się tylko gdy nauczycielka skieruje pytanie bezpośrednio do nich. Wzorowe aż do obrzydzenia. I nie chodzi mi o to że powinny teraz nie wiadomo co robić, chodzi o to że były praktycznie niezauważalne.

Wydaje mi się, że jak ja chodziłam do szkoły to obie płcie w równy sposób zwracały na siebie uwagę, podlizywały się lub łobuzowały, nie przypominam sobie większych różnic. Czyżby młode pokolenie dziewcząt było już tak wytresowane, że nawet potrafi oprzeć się wewnętrznemu pragnieniu połobuzowania trochę? A chłopcy wręcz przeciwnie, chyba czują się do takich zachowań zachęcani, bo widocznie im się to podobało, nie mieli strachu ani wstydu, kiedyś jednak mieli trochę więcej.

Co taka dziewczynka, która od najmłodszych lat jest uczona cichości i grzeczności oraz tego, że to wszystko co jej nie przystoi, w przypadku chłopców jest wysoce pożądane, co ona wniesie do społeczeństwa? Boję się myśleć, bo wyobrażam ją sobie jako wieczną ofiarę. A później ktoś powie, że to jej wina że w odpowiednim momencie nie odeszła od męża, który ją krzywdził. Jak ma odejść, skoro od zawsze była uczona że nie ma własnego zdania, nie ma nic do powiedzenia, że nikt na nią nie zwróci uwagi, że nikt jej nie będzie słuchał? To on ma prawo do wszelkiej uwagi i każdego zachowania. Ona ma być cicho.

Jeszcze na koniec link, który znalazłam na blogu genderblox. No i jak tu nie być feministką? Edukacja, proszę państwa, edukacja…

01
wrz
08

nie dotyczy

Wpadli do nas goście, zaprzyjaźnione małżeństwo w wieku podobnym do naszego i w sytuacji małżeńskiej podobnej do naszej. Miło było, fajnie się gadało i wogóle. Aż doszło do feminizmu. Znowu dowiedziałam się że feminizm jest antychrześcijański i godzi w odwieczny porządek męsko-damskich relacji. No cóż, powinnam już być do tego przyzwyczajona. Ale tknęło mnie coś innego i nie do końca wiedziałam jak to nazwać.

Dowiedziałam się wczoraj. Wczoraj w nocy zadzwonił stary przyjaciel i rozmawialiśmy na mnóstwo różnych tematów. Rozmawialiśmy też (na boku niejako, czy też jako przerywnik pomiędzy innymi ważnymi tematami) o pewnej książce z zakresu teologii feministycznej którą miał mi dostarczyć a zamiast tego zaczął ją sam czytać. Wybaczam. Powiedział, że książeczka zainteresowała pomimo, że nie do końca go dotyczy. Milusio.

Nasza gościa (bo gość w tej części rozmowy raczej nie brał udziału) też nie jest zainteresowana feminizmem. Podawała wiele powodów, ale ze wszystkich przebijał jeden – feminizm nie jest jej do niczego potrzebny. Ma fajnego, kochającego męża, takiego co to tylko pozazdrościć, niczego im raczej nie brakuje, kobitka się spełnia, nie bywa poniżana… No więc do czego miałaby w ogóle potrzebować feminizmu?

Pana przyjaciela raczej nie dotyczy, gościny nie dotyczy, mojego męża zasadniczo też nie dotyczy, więc rozumiem jego opór (na przemian z tolerancją). Tylko dlaczego dotyczy mnie? Mi też niczego nie brakuje, mam kochającego cudownego męża, zasadniczo prócz pieniędzy niczego nam nie brakuje. No więc po co ja się wychylam spod mojego wygodnego klosza i zachowuję się “jakby nie wiem jaka krzywda mi się działa”? Dlaczego, do jasnej cholery, w ogóle zależy mi na czymś, co mnie nie dotyczy?

Może dlatego, że ja tak postrzegam swoje chrześcijaństwo. Biblia słowami poszczególnych jej autorów uczy mnie, że ewangelia to dobra nowina dla tych, którzy jej potrzebują – dla ubogich, umęczonych, głodnych i spragnionych. Ci ustawieni, zaspokojeni nie potrzebują ewangelii, mają już wszystko. Chcę pomóc tym kobietom, które same nie umieją zadbać o siebie, które za pomocą kultury i innych czynników w męskich i damskich rękach zostały zmuszone do zaakceptowania rzeczywistości, która jest dla nich niemiła, męcząca lub wręcz oprawcza. Dlaczego ja? A dlaczego nie? Co mi po całej mojej choćby nie wiem jak poprawnej teologii i doktrynie, jeśli nie umiem kochać drugiego człowieka, który/a jest w potrzebie? Teologia i doktryna nie nauczyły mnie jak kochać ludzi dookoła mnie, może feminizm mnie nauczy. Dopiero zaczynam i jeszcze nie wiem co i jak zrobić. Wiem jednak, że gdybym miała czelność gwałconej żonie alkoholika powiedzieć ’sama jesteś sobie winna, sama się w to wpakowałaś, to się sama wyplącz’, to nie miałabym odwagi nazywać się naśladowczynią Chrystusa. I nie chodzi o to, że niby ja już wszystko wiem i taka doskonała jestem. U mnie to wszystko na razie w teorii, ludzie, którzy potrafią tak żyć są moimi bohaterami.