… a feminizm
… a ekologia
… a abolicja
… a historia
… a humanizm
… a wszystkie inne prądy i nurty filozoficzne, polityczne i Bóg jeden wie jakie jeszcze…
Jak się ma chrześcijaństwo do feminizmu, a może jak się ma feminizm do chrześcijaństwa? Czasem czytuję na moich ulubionych blogach że feminizm stoi w opozycji do chrześcijaństwa, albo że w chrześcijaństwie nie ma miejsca na feminizm. Czasem w kościele słyszę, że filozofia albo humanizm są “światowe” i “niezgodne z ewangelią”. I zastanawiam się wtedy skąd się ludziom biorą w głowach takie pomysły. Przecież to są jakieś separatystyczne bajki dla niepewnych, dla tych, którzy potrzebują negatywnej identyfikacji…
Siedziałam sobie dzisiaj w kościele i postanowiłam potraktować to wszystko co słyszę chociaż odrobinę bardziej serio. Nie, żebym traktowała chrześcijaństwo niepoważnie. Raczej chodziło o to żeby z tego co jest mówione wziąć więcej, zastanowić się głębiej. Słyszałam te same hasła co zawsze, które powtarzane setki i tysiące razy zaczynają brzmieć jak mantra i powoli tracą znaczenie. Hasła typu “Jezus jest dla mnie wszystkim”, “zbawienie jest w Jezusie”, “Jezus zbawił nas swoją krwią”. Wszystko to prawda, ale głębszy sens tych słów gdzieś się po drodze rozmył i pobrudził.
Więc siedzę sobie dzisiaj w kościele i podczas kazania rozmyślam o tym co to dla mnie znaczy, że zbawienie jest tylko w w Jezusie. No i pewnie doszłam do jakiś herezji, ale i tak się tym podzielę.
Dla mnie zbawienie zawsze znaczyło coś więcej niż tylko gwarancję nieba. Znaczyło, że tu i teraz mogę być zbawiona od grzechów, niedoskonałości, zniewoleń, przekleństw. Nie tylko od skutków (czyli chyba potępienia) ale od samych tych rzeczy. Znaczyło, że mogę wrócić do pełni człowieczeństwa, takiej, jaka była przed pojawieniem się grzechu i przekleństwa między ludźmi. Bo wtedy wszystko było inaczej. Wtedy kobieta była równa mężczyźnie, tak samo jak mężczyzna była stworzona na obraz i podobieństwo Boga, wtedy mężczyzna nie dominował nad kobietą. Wtedy ludzie nie nienawidzili się nawzajem, ufali sobie i Bogu, nie musieli się niczego wstydzić. Przyroda była piękna i nieskażona. Nawet jeśli ten obraz jest tylko alegorią to i tak dużo mi mówi – mówi mi o idealnym świecie w jakim ludzie mieli żyć.
A potem jest grzech, przekleństwo i zaczyna się historia zbawienia. Historia usiłowania zbawienia rasy ludzkiej od wszystkiego co w ludziach niedoskonałe a co się w międzyczasie pojawiło. A Jezus jest tej historii ukoronowaniem. Przychodzi i traktuje kobiety, niewolników i pogan jak ludzi, jak równych temu uprzywilejowanemu gatunkowi jakim był żydowski mężczyzna.
Feminizm, ekologia, abolicja, humanizm… wszystko to ma na celu oczyszczenie człowieczeństwa z naleciałości i przekleństw – z męskiej dominacji, z niewolnictwa, z zanieczyszczenia, z nienawiści, słowem powrót do raju. Ale do raju powrót jest tylko jedną drogą – tą wąską. Dlatego nie podoba mi się feminizm akcyjny, agresywne zachowania ekologów, abolicja za pomocą narzędzi wojennych i szamański humanizm, bo mają one na celu zaoferowanie zbawienia ludzkości w inny sposób – zewnętrzny a nie od wewnątrz, od środka każdego z nas. Jestem za wyzwoleniem wszelkiego rodzaju współczesnych niewolników, ale nie mogę zbawić całego świata. Mogę natomiast zacząć od siebie, zapierać się siebie (ach, jak to staroświecko brzmi), szukać swojego zbawienia i starać się dawać dobry przykład. Co wcale nie znaczy, że już dzisiaj dokładnie wiem jak to zrobić.
Cztery wieki temu (prawie) osiedlili się w Ameryce pielgrzymi – kalwiniści, religijni separatyści. Myśleli, że jak się odseparują od reszty grzesznego świata to znajdą raj. Znam takie grupy ludzi również w dzisiejszej Polsce. Ale powrót do raju nie odbędzie się poprzez separację, tylko poprzez zbawienie od tego, co w nas ludziach najgorsze, pozbycie się zła ze środka nas.
Zbawienie nie jest w feminizmie, humanizmie czy ekologii, jest w Jezusie. Jak? Zaczyna się od mojej osobistej wiary i zbawienia od moich przywar. Jestem feministką, bo jestem chrześcijanką. Pragnienie uszanowania i wyzwolenia kobiet bierze się z mojego osobistego chrześcijaństwa. Bo wiem, że tak miało być, że na początku tak było. Analogicznie jest z wyzwoleniem niewolników, z oczyszczeniem środowiska…
Wierzę Jezusowi i z tego wynika cała reszta mojego życia.
PS. Chyba zdefiniowałam mój feminizm jako pragnienie zbawienia kobiety i jej świata, bo jak do tej pory judaizm zajmował się zbawieniem mężczyzny a chrześcijaństwo zajmowało się zbawieniem człowieka…
No fajne (bez ironii). Pierwszy raz widzę u ciebie, że tamat chrześcijaństwo i temat feminizm występują w pewnej harmonii – i bardzo mi się ten kierunek podoba. I dodam: nie, że wcześniej kłóciły się ze sobą (bo zdaje się od początku czujesz, że są to puzzle z jednej układanki), ale występowały tak jakoś obok. A w tym tekście pojawia się intuicja, że te puzzle naprawdę do siebie pasują. Gites.
Pięknie to opisałaś

To fakt, przede wszystkim trzeba przebudować wnętrze człowieka i zmienić jego sposób myślenia. Dotyczy to wielu dziedzin. Swego czasu o takim bezmysłnym chodzeniu do kościoła pisałam w moim blogu “katolickim”. Zapraszam do notki na ten temat http://mojawiarakatolicka.blox.pl/2007/01/Rutyna-wylacza-myslenie.html#ListaKomentarzy
A jesli chodzi o feminizm, ekologię itd. – to tez drażnią mnie głośne hasła na sztandarach. Stereotypy tkwiące w ludziach są silne i trzeba wiele mozolnej pracy, aby je zmienić. Kiedyś, w czasach szkolno-studenckich gdy okazywało się, ze jestem najlepsza w klasie czy grupie (a byłyśmy rodzynkami w męskim gronie) żartowałam, że to oczywiste – kobiety są lepsze. Potem zdałam sobie sprawę, ze niechcący utrwalam stereotyp. Przeciez nie od płci zależy to, ze ktoś jest zdolniejszy, zaradniejszy czy pracowitszy. Teraz wszelkie takie próby spojrzenia gaszę w zarodku.
Czeka nas więc pozytywistyczna praca u podstaw. Przekładając to na ekologię – nie chodze na demostracje, ale codziennie segreguję śmieci i nie depcze trawników
Pozdrawiam