23
sie
07

mąż a feminizm

Miałam kilka dni temu bardzo ciekawą dyskusję z moim kochanym i przyznam szczerze, że nieco zaskoczyły mnie jego przemyślenia i wnioski. Zaczęło się od luźnej rozmowy o feminiźmie, przy której to rozmowie zauważyłam, że mój miły broni się bardzo przed przyznaniem się do feminizmu (podobnie jak to w komentarzach kilka postów temu robił popieluch). Kilka pytań kontrolnych wystarczyło, żeby się przekonać, że z ideami feministycznymi się zgadza, przynajmniej w większości, ale nie cierpi tego, jak feminizm jest widziany i nie chce być z nim utożsamiany. Ale aż do naszej rozmowy był przekonany, że feminizm to przeciwieństwo szowinizmu. Wlazłam więc szybciutko na wiki, przeczytałam definicje i co się okazało? Że szowinizm to “wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania…” a feminizm to “to ideologia i ruch społeczny związany z ruchem równouprawnienia kobiet.” Uczucie a ideologia, więc nawet nie na tej samej skali.

Tłumaczę, że chodzi o szacunek dla kobiet i ich wolność wyboru we wszelkich dziedzinach życia, itd itp… Miły na to, że wszystko fajnie, że się zgadza, tylko po co używać tego skompromitowanego słowa “feminizm”? Ja mu na to, że dla człowieka myślącego nie ma problemu, żeby rozumowo przejść nad tym jak bardzo skompromitowane jest samo słowo i po prostu utożsamiać się z ideami. A on – ale po co? Po co rozumowo przekonywać człowieka do feminizmu, skoro on/a emocjonalnie zatrzyma się na słowie i nie ruszy dalej? To już nie jest praca u podstaw, to jest syzyfowa praca, donkiszoteria.

Nie wiem jakie są doświadczenia innych, ale moje własne pokazuje, że przekonanie myślących ludzi do idei feminizmu nie stanowi żadnego problemu, zazwyczaj ludzie ci są już przekonani. Problem stanowi zaakceptowanie ‘tego’ słowa na F, bo ma ono zbyt duże i głęboko sięgające konotacje emocjonalne. Były kiedyś emancypantki, były sufrażystki, spełniły swoją rolę, przeszły do historii, wiele im zawdzięczamy. Pomimo szczytnych idei, te słowa na E i na S, też się trochę skompromitowały. Cytat z wiki -

Trudno dokonać jednoznacznej oceny ruchu sufrażystek. “Konstytucjonalistki”, które prowadziły walkę na drodze prawnej, były ruchem o znacznie większym zasięgu społecznym i stopniowo zdobywały coraz większe poparcie społeczne dla swoich żądań. Pytanie, czy taktyka “radykałek” przyspieszyła, czy opóźniła sukces ruchu pozostaje bez odpowiedzi, choć niektórzy uważają, że w konserwatywnych społeczeństwach radykalizm źle przysłużył się sprawie. Faktem jest jednak, że miano sufrażystek kojarzy się dziś z tymi kobietami, które uciekały się do akcji bezpośrednich, podczas gdy działalność mas cichych zwolenniczek ruchu poszła w zapomnienie.

To, czego się nie lubi w feminiźmie to radykalizm. Feminizm szerokim masom też nie kojarzy się z tymi kobietami (i mężczyznami), które po cichutku albo i nie, metodycznie, w swoich środowiskach pracują na rzecz poprawy sytuacji kobiet. Kojarzy się z tymi, które robią wiele szumu i zamieszania, walczą z mężczyznami, stosują agresję. Nie tak miało być.

Nieco zdezorientowana, pytam więc miłego mego ‘To jak myślisz, co można zrobić?’ A on - ‘zostawić za sobą to skompromitowane słowo i działać pomimo wszystko’. Ja – ‘no dobrze, ale jakoś trzeba się utożsamiać, a poza tym, jeśli już jest słowo, to czy nie lepiej jednak tłumaczyć ludziom, że znaczy ono co innego niż im się wydaje, że znaczy?’

‘A do kogo chcesz dotrzeć? Kto jest twoją grupą docelową? Inteligentni, świadomi ludzie, czy ci z mas, którzy nie do końca rozumieją, a których sytuacja wymaga zmiany?’ I tu mnie zabił. Uświadomieni już wiedzą. Nieuświadomieni są nieuświadomieni właśnie dlatego, że nie mają możliwości, albo dlatego, że emocjonalne odrzucenie słowa blokuje racjonalne przyjęcie idei i działanie w zgodzie z nią. I jestem w kropce. Pomożecie? :)


4 Odpowiedzi do “mąż a feminizm”


  1. sierpień 23, 2007 o 12:11 pm

    Grupa docelowa? W działalności społecznej, w działaności pedagogicznej i domowej. Wszędzie jestem feministką i to na dodatek taką z zacięciem pedagogicznym. Nieuświadomionych próbować przekonywać, z uświadomionymi wymieniać się doświadczeniemi. Domowy feminista też się stara.
    Tu anegdota: siedzimy ostatnio w pubie – ja, mój mąż i przyjaciel. Kelner z nami zaczął żartować, na to dopowiedziałam, że cała trójka jest feministami (to wynikało z kontekstu żartów). pan kelner się lekko zdziwił, a potem zapytał moich chłopaków czy też się do tego przyznają. Oni na to: TAK, a jak inaczej można?
    Pan kelner wyraźnie się ucieszył.

  2. 2 lonia
    sierpień 27, 2007 o 12:07 pm

    Pan kelner bardzo miły jeśli rzeczywiście się ucieszył a nie tylko skrzywił w drwiącym uśmiechu…
    A grupa docelowa? Mój mąż jest z wykształcenia i zamiłowania politologiem, więc myślę, że chodziło mu nie tyle o pracę u podstaw co o sformalizowany ruch społeczny, taki z poparciem elektoratu. Często rozmawiamy o tym, że bracia zdobyli władzę dlatego, że uderzyli w populistyczny ton, że dali ludziom, to czego ludzie potrzebowali, w co chcieli wierzyć, co chociaż trochę spotykało się z ich potrzebami. Feminizm jest potrzebny kobietom, tylko że w takiej formie jakiej istnieje do tej pory w życiu publicznym, ideowo, słownikowo, filozoficznie przystosowany do zakorzenienia się w inteligencji a nie w emocjach, nie ma szans dotarcia do tych mas potrzebujących, które chcą bardziej wierzyć niż myśleć…

  3. sierpień 27, 2007 o 12:57 pm

    Nigdy nie myślałam o feminizmie, jako o jednolitej formacji myślowej. Czyli właśnie elektorat jakiejś konkretnej partii. Z tego co wiem, dużo moich znajomych, którzy są feministkami i feministami związali się z zielonymi. Ja jestem laicką centroprawica, dlatego wszelkie partie lewicowe omijam z daleka. Czy Partia Kobiet? Chyba nie… To jakaś efemeryda.

  4. 4 lonia
    sierpień 27, 2007 o 1:51 pm

    Partia kobiet tez do mnie nie przemawia, szybciej kobiety w partiach, byle nie takie jak posłanki SamoBrony…


Dodaj komentarz