Morula, embrion, zarodek, płód, dziecko… W dyskursie tzw. ochrony życia poczętego czy też pro-choice strony różnią się tym, że używają innego słownictwa. To, co dla jednego jest morulą dla drugiego jest dzieckiem poczętym, jedni łykają pigułki antykoncepcyjne, drudzy nazywają to morderstwem, bo wg nich pigułki te powodują poronienie, itp, itd… Każdy zdaje się mieć swój własny świat i nie spoglądać nawet w stronę tego drugiego.
Powiedziałam jakiś czas temu mojemu pastorowi, że jestem przeciwko zaostrzaniu ustawy (aborcyjnej, antyaborcyjnej, o ochronie życia? znowu problem ze słowami), a pastor na to ze zdziwieniem “to znaczy że jesteś za aborcją? chcesz żeby kobiety mogły sobie usuwać jak tylko sobie zachcą?” I jak przy takim silnie spolaryzowanym języku i myśleniu wytłumaczyć o ci mi chodzi? Ja też nie jestem za tym, żeby każda kobieta mogła “sobie usunąć” jak tylko będzie tego chciała. Ale odbieranie kobiecie w ogóle możliwości wyboru czyni ją zupełnie ubezwłasnowolnioną. Przeraża mnie to, że jak się nie jest agresywnym obrońcą “życia poczętego” to jest się częścią “cywilizacji śmierci”. Jesteś za morderstwem albo przeciw, żadnego środka. I jak tu znaleźć własny środek?
Nie zamierzam rozdmuchiwać dyskusji na nowo, bo niczemu to nie służy. Usłyszałam ostatnio jedną bardzo ciekawą rzecz i uznałam, że jest ona warta zapisania.
A więc
W 3 księdze mojżeszowej napisano że “życie ciała jest we krwi” (3 Moj. 17;11)
Krew płodu zaczyna krążyć w 7 tygodniu ciąży.
I co? I nic chyba, każdy przecież ma już swoje zdanie, nie podlegające renegocjacjom.
Mam wrażenie, że obie strony konfliktu wychodziły z tak rozbieżnych założeń (i mówiły tak różnymi językami), że dyskusja była przez długi czas mało prawdopodobna. Teraz (może to jakiś plus społeczeństwa medialnego?) spora część dyskutantów odkrywa, że musi zdefiniować swoją terminologię tak, by była ona do przyjęcia dla opinii publicznej… Choć z drugiej strony – właśnie z tego samego powodu wielu się radykalizuje. Opinia publiczna lubi przecież wyrazistych).
A w temacie życia – ciekawe wydały mi się opinie pani Elizabeth Fox-Genovese, którą wspominasz w poprzednim poście. Nie dlatego, że się pro-life zrobiła na starość, ale dlatego, że uzasadniała swoje stanowisko pewnym ogólnożyciowym agnostycyzmem i, że pogląd wypracowywała przez długie lata, a nie odziedziczyła. I że miała dość jaj (kurde – szowinistyczne wyrażenie, zara mi w łeb kto da
, żeby stanąć okoniem wobec własnego środowiska.
Taaa… miała dość jaj… Ale bić nie będę, wiem, że z braku lepszego określenia dla chęci wyrażenia szacunku i podziwu może… Co do braku odpowiednich określeń i niedoskonałości języka w temacie równości płci to będzie niedługo jedna mała notka, więc nie będę się na tobie wyżywać
Ciekawa jestem, jaki normalny człowiek – nie socjo i psychopata, jest “za aborcją”. Jak słyszę tak postawione pytanie, czy jestem za, czy przeciw aborcji w kontekście zmiany ustawy, to mi się ciśnienie podnosi. Jednakże, kiedy mówię o tym, że edukacja seksualna, że dostępność do antykoncepcji, to nikt nie słucha, tylko w tle brzmi pytanie: za, czy przeciw. Kiedyś napisałam taki tekst o barykadzie: po jednej stronie panie w moherowych berecikach, po drugiej panie ze słoiczkami z wyskrobanymi płodami. Nawet patronki dwóch stron istniały: Anna Radosz i Alicja Tysiąc. I zadałam pytanie, a jesli ja nie chcę: ani tu, ani tu?
To stoisz okrakiem, jak to popieluch napisał ostatnio. Pamiętam tego posta i swoje myślenie wtedy że ja też potrzebuję znaleźć swoje miejsce w tej dyskusji. Do tej pory nie znalazłam innego niż okrakiem na barykadzie.