Archiwum dla sierpień, 2007

30
sie
07

pozytywna demokracja

Przeczytałam dzisiaj wiele rzeczy. Wywiad z Brodką, że nareszcie jest zakochana i szczęśliwa, bloga Paradowskiej o pamiętaniu dawnych zachowań polityków i wyciąganiu wniosków z tychże, dwa artykuły z Polityki sprzed dwóch czy trzech tygodni – jeden Daniela Passenta “Mówcie o mnie dobrze”o Nixonie i jego wzajemnych z mediami stosunkach i drugi rozmowa z prof. Piotrem Sztompką o zaufaniu, w tym do władzy. Wszystko to razem wzięte i wymieszane w jakiś magiczny sposób zmieniło moje nastawienie do sytuacji w polityce.

Brodka powiedziała, że ciężko napisać dobrą piosenkę o szczęściu w miłości, natomiast nieszczęśliwa miłość jest bardzo wdzięcznym tematem, plastycznym. Jak byłam kilkunastoletnim nieproporcjonalnym stworzeniem pisującym łzawe wierszydła to też byłam przekonana, że dobry poeta (i artysta generalnie) to nieszczęśliwy poeta, że szczęśliwi nie mają nic do powiedzenia, a nawet jak mają, to nie mają motywacji, żeby się tym dzielić.

Czytam dużo komentarzy do wydarzeń w polskiej polityce i tak naprawdę słyszę tylko dwa głosy – propisowski i antypisowski. A wszyscy sfrustrowani. Im bardziej dramatyczna sytuacja, tym bardziej sfrustrowani obywatele i politycy, tym więcej głosów w mediach, blogach, felietonach. Dobry obywatel, to sfrustrowany obywatel, niesfrustrowany nie ma motywacji żeby zabierać głos i coś chcieć zrobić. To, że piszę, stanowi dowód na to, żem sama sfrustrowana. Artykuł o Nixonie miał “niechcący” wywołać skojarzenie z (nie)miłościwie nam panującym Jarosławem (nie)Wielkim. Być może miał też pobudzić do śmiechu lub buntu. Być może wywiad z profesorem Sztompką też miał taki cel, jednak jeśli tak było, to wypowiedzi profesora są zupełnie inne w tonie. Wnoszą nadzieję i radość.

Nadal jestem przekonana, że nasza obecna władza jest jedną z najgorszych. Nadal nie potrafię zaufać tej władzy. Ale wiem, że brak zaufania nic nie polepszy. Więc zamiast zataczać coraz szersze kręgi nienawiści, zamiast eskalacji braku zaufania, ciętych komentarzy, podkręcania i tak już podkręconej maksymalnie frustracji, postuluję pozytywną demokrację. Tak jak nie chcę żeby moje chrześcijaństwo było określane za pomocą negatywnych określeń typu anty-jakaśtam, niezgadzająca się na cośtam innego, tak samo z moich poglądów politycznych chcę wyodrębnić to co pozytywne.

Uroczyście obiecuję nie narzekać, nie wściekać się na telewizor, nie frustrować rzeczami, na które nie mam wpływu. Uroczyście obiecuję natomiast obserwować, analizować, pamiętać i wyciągać wnioski z tego co się dzieje na polskiej scenie politycznej, aby później, jak przyjdzie czas na moją cząstkę demokracji zużyć ją w pozytywny sposób i zagłosować na tych, którzy zdobędą moje zaufanie nie tym, że nie ma na nich haków, ale tym, że okazali się wartościowi podczas obecnych burz. Utopijne? być może, ale o wiele zdrowsze niż nakręcanie spirali wzajemnych urazów i nienawiści…

27
sie
07

pat

Tak się właśnie czasami czuję jak myślę o swoim kościele i swojej w nim roli – patowo. Nie wiem czemu tak jest, czemu kościół z zasady jest najbardziej zacofanym organem lokalnej społeczności. Czemu ludzie, którzy poza kościołem są nowocześni, świetnie znajdują się we współczesnych realiach, przekraczając progi budynków kościelnych stają się nagle radykałami, konserwatywnymi oportunistami i nie wiem czym jeszcze. Czemu życie kościelne z definicji musi być staroświeckie, bo jak nie, to traci na pobożności. Ciało zanurzone w cieczy traci na wadze, ciało zanurzone w gó…ie traci na odwadze, a ciało zanurzone w nowoczesności traci na pobożności? Z jednej strony kapitalizm/liberalizm/konsumpcjonizm dla których postęp, nowość i młodość są ważniejsze niż cokolwiek innego a z drugiej strony kościół lubujący się w zacofaniu. Znowu nie mogę się znaleźć bo ani jedno ani drugie mi nie w smak.

Mieliśmy z mężem wczoraj gości, zaprzyjaźnione małżeństwo z naszego kościoła. Spotkaliśmy się z nimi na gruncie czysto towarzyskim już któryś raz i jak zawsze rozmowa zeszła na jeden temat – co zrobić, żeby nasz kościół nie był taki zacofany? Marudzimy, frustrujemy się, denerwujemy, ale nie potrafimy znaleźć lekarstwa. Nastoletnia córka znajomych rzuciła w pewnym momencie – “załóżcie nowy kościół”. Z pewnością jest to jakieś wyjście, tylko czy aby na pewno najlepsze?

Pat, bo nie podoba mi się to jak działa i jaki jest mój kościół, pat, bo nie wiem co ja mogę zrobić, pat, bo nie chcę z tego kościoła uciekać, nie jestem tchórzem, pat, bo jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby zaczynać wszystko od początku, nowy kościół…

23
sie
07

mąż a feminizm

Miałam kilka dni temu bardzo ciekawą dyskusję z moim kochanym i przyznam szczerze, że nieco zaskoczyły mnie jego przemyślenia i wnioski. Zaczęło się od luźnej rozmowy o feminiźmie, przy której to rozmowie zauważyłam, że mój miły broni się bardzo przed przyznaniem się do feminizmu (podobnie jak to w komentarzach kilka postów temu robił popieluch). Kilka pytań kontrolnych wystarczyło, żeby się przekonać, że z ideami feministycznymi się zgadza, przynajmniej w większości, ale nie cierpi tego, jak feminizm jest widziany i nie chce być z nim utożsamiany. Ale aż do naszej rozmowy był przekonany, że feminizm to przeciwieństwo szowinizmu. Wlazłam więc szybciutko na wiki, przeczytałam definicje i co się okazało? Że szowinizm to “wyolbrzymione, bezkrytyczne i niezreflektowane uczucie przywiązania…” a feminizm to “to ideologia i ruch społeczny związany z ruchem równouprawnienia kobiet.” Uczucie a ideologia, więc nawet nie na tej samej skali.

Tłumaczę, że chodzi o szacunek dla kobiet i ich wolność wyboru we wszelkich dziedzinach życia, itd itp… Miły na to, że wszystko fajnie, że się zgadza, tylko po co używać tego skompromitowanego słowa “feminizm”? Ja mu na to, że dla człowieka myślącego nie ma problemu, żeby rozumowo przejść nad tym jak bardzo skompromitowane jest samo słowo i po prostu utożsamiać się z ideami. A on – ale po co? Po co rozumowo przekonywać człowieka do feminizmu, skoro on/a emocjonalnie zatrzyma się na słowie i nie ruszy dalej? To już nie jest praca u podstaw, to jest syzyfowa praca, donkiszoteria.

Nie wiem jakie są doświadczenia innych, ale moje własne pokazuje, że przekonanie myślących ludzi do idei feminizmu nie stanowi żadnego problemu, zazwyczaj ludzie ci są już przekonani. Problem stanowi zaakceptowanie ‘tego’ słowa na F, bo ma ono zbyt duże i głęboko sięgające konotacje emocjonalne. Były kiedyś emancypantki, były sufrażystki, spełniły swoją rolę, przeszły do historii, wiele im zawdzięczamy. Pomimo szczytnych idei, te słowa na E i na S, też się trochę skompromitowały. Cytat z wiki -

Trudno dokonać jednoznacznej oceny ruchu sufrażystek. “Konstytucjonalistki”, które prowadziły walkę na drodze prawnej, były ruchem o znacznie większym zasięgu społecznym i stopniowo zdobywały coraz większe poparcie społeczne dla swoich żądań. Pytanie, czy taktyka “radykałek” przyspieszyła, czy opóźniła sukces ruchu pozostaje bez odpowiedzi, choć niektórzy uważają, że w konserwatywnych społeczeństwach radykalizm źle przysłużył się sprawie. Faktem jest jednak, że miano sufrażystek kojarzy się dziś z tymi kobietami, które uciekały się do akcji bezpośrednich, podczas gdy działalność mas cichych zwolenniczek ruchu poszła w zapomnienie.

To, czego się nie lubi w feminiźmie to radykalizm. Feminizm szerokim masom też nie kojarzy się z tymi kobietami (i mężczyznami), które po cichutku albo i nie, metodycznie, w swoich środowiskach pracują na rzecz poprawy sytuacji kobiet. Kojarzy się z tymi, które robią wiele szumu i zamieszania, walczą z mężczyznami, stosują agresję. Nie tak miało być.

Nieco zdezorientowana, pytam więc miłego mego ‘To jak myślisz, co można zrobić?’ A on - ‘zostawić za sobą to skompromitowane słowo i działać pomimo wszystko’. Ja – ‘no dobrze, ale jakoś trzeba się utożsamiać, a poza tym, jeśli już jest słowo, to czy nie lepiej jednak tłumaczyć ludziom, że znaczy ono co innego niż im się wydaje, że znaczy?’

‘A do kogo chcesz dotrzeć? Kto jest twoją grupą docelową? Inteligentni, świadomi ludzie, czy ci z mas, którzy nie do końca rozumieją, a których sytuacja wymaga zmiany?’ I tu mnie zabił. Uświadomieni już wiedzą. Nieuświadomieni są nieuświadomieni właśnie dlatego, że nie mają możliwości, albo dlatego, że emocjonalne odrzucenie słowa blokuje racjonalne przyjęcie idei i działanie w zgodzie z nią. I jestem w kropce. Pomożecie? :)

18
sie
07

Znowu onet mnie zabija, to chyba ten sezon ogórkowy tak działa na media…

Poczucie stabilności, jaką dają naszym nogom paski do pończoch, sprawia, że poruszamy się bardziej zdecydowanie. Na wszelkie ważne spotkania zakładam pończochy z paskami, bo choć są schowane głęboko pod niepozorną spódnicą i żakietem, dopiero z nimi czuję się odpowiednio przygotowana do robienia interesów. Mam wrażenie, że bielizna, jaką nosimy, ma wpływ na naszą postawę w oficjalnych sytuacjach. Najwyraźniej obecny kryzys w branży pończoszniczej spowodowany jest powrotem do łask legginsów i rajtuzów. Być może jestem staroświecka, ale moim zdaniem kobieta nie sprawia wrażenia wyzwolonej, gdy przypomina niewydarzoną instruktorkę aerobiku.

Jednak bezsprzecznie najlepszym miejscem dla pończoch jest sypialnia. I choć przeglądając magazyny dla panów można dojść do wniosku, że ich czytelnicy mają świra wyłącznie na punkcie piersi, z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn bardziej żywiołowo reaguje na parę zgrabnych nóg i kształtny tyłeczek. A nic nie podkreśla owych atutów lepiej niż podwiązki i pończochy.

Wiem, że dla wielu kobiet noszenie ich jest niewygodne i wymaga wysiłku. Lecz przecież mężczyźni też na ogół nie lubią się myć i golić tak często, jak tego od nich wymagamy. Wydaje mi się, że skoro oni potrafią o siebie zadbać dla nas, to my możemy im się odwzajemnić, wkładając atrakcyjną bieliznę. Czy należy mieć pretensje do dzisiejszych panów o to, że nie spieszą się z zakupem pierścionków zaręczynowych, skoro w perspektywie mają widok legginsów przez resztę życia?

I jak tu nie mieć poczucia uprzedmiotowienia? Czy to naprawde porównywalne z wymaganiem od mężczyzny żeby był czysty i ogolony? Jak dla mnie to absolutna podstawa. Mam nadzieję, że autorka nie chce mi zasugerować, że umyty i ogolony mężczyzna ma prawo oczekiwać ode mnie wszystkiego, włącznie z noszeniem pasa do pończoch, oraz że na pierścionek zaręczynowy zasługuje (jako na najwyższą nagrodę od gładko ogolonego mężczyzny) tylko kształtna pupcia w pięknych pończochach…

18
sie
07

Znowu onet mnie zabija, to chyba ten sezon ogórkowy tak działa na media…

Poczucie stabilności, jaką dają naszym nogom paski do pończoch, sprawia, że poruszamy się bardziej zdecydowanie. Na wszelkie ważne spotkania zakładam pończochy z paskami, bo choć są schowane głęboko pod niepozorną spódnicą i żakietem, dopiero z nimi czuję się odpowiednio przygotowana do robienia interesów. Mam wrażenie, że bielizna, jaką nosimy, ma wpływ na naszą postawę w oficjalnych sytuacjach. Najwyraźniej obecny kryzys w branży pończoszniczej spowodowany jest powrotem do łask legginsów i rajtuzów. Być może jestem staroświecka, ale moim zdaniem kobieta nie sprawia wrażenia wyzwolonej, gdy przypomina niewydarzoną instruktorkę aerobiku.

Jednak bezsprzecznie najlepszym miejscem dla pończoch jest sypialnia. I choć przeglądając magazyny dla panów można dojść do wniosku, że ich czytelnicy mają świra wyłącznie na punkcie piersi, z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn bardziej żywiołowo reaguje na parę zgrabnych nóg i kształtny tyłeczek. A nic nie podkreśla owych atutów lepiej niż podwiązki i pończochy.

Wiem, że dla wielu kobiet noszenie ich jest niewygodne i wymaga wysiłku. Lecz przecież mężczyźni też na ogół nie lubią się myć i golić tak często, jak tego od nich wymagamy. Wydaje mi się, że skoro oni potrafią o siebie zadbać dla nas, to my możemy im się odwzajemnić, wkładając atrakcyjną bieliznę. Czy należy mieć pretensje do dzisiejszych panów o to, że nie spieszą się z zakupem pierścionków zaręczynowych, skoro w perspektywie mają widok legginsów przez resztę życia?

I jak tu nie mieć poczucia uprzedmiotowienia? Czy to naprawde porównywalne z wymaganiem od mężczyzny żeby był czysty i ogolony? Jak dla mnie to absolutna podstawa. Mam nadzieję, że autorka nie chce mi zasugerować, że umyty i ogolony mężczyzna ma prawo oczekiwać ode mnie wszystkiego, włącznie z noszeniem pasa do pończoch, oraz że na pierścionek zaręczynowy zasługuje (jako na najwyższą nagrodę od gładko ogolonego mężczyzny) tylko kształtna pupcia w pięknych pończochach…

18
sie
07

Znowu onet mnie zabija, to chyba ten sezon ogórkowy tak działa na media…

Poczucie stabilności, jaką dają naszym nogom paski do pończoch, sprawia, że poruszamy się bardziej zdecydowanie. Na wszelkie ważne spotkania zakładam pończochy z paskami, bo choć są schowane głęboko pod niepozorną spódnicą i żakietem, dopiero z nimi czuję się odpowiednio przygotowana do robienia interesów. Mam wrażenie, że bielizna, jaką nosimy, ma wpływ na naszą postawę w oficjalnych sytuacjach. Najwyraźniej obecny kryzys w branży pończoszniczej spowodowany jest powrotem do łask legginsów i rajtuzów. Być może jestem staroświecka, ale moim zdaniem kobieta nie sprawia wrażenia wyzwolonej, gdy przypomina niewydarzoną instruktorkę aerobiku.

Jednak bezsprzecznie najlepszym miejscem dla pończoch jest sypialnia. I choć przeglądając magazyny dla panów można dojść do wniosku, że ich czytelnicy mają świra wyłącznie na punkcie piersi, z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn bardziej żywiołowo reaguje na parę zgrabnych nóg i kształtny tyłeczek. A nic nie podkreśla owych atutów lepiej niż podwiązki i pończochy.

Wiem, że dla wielu kobiet noszenie ich jest niewygodne i wymaga wysiłku. Lecz przecież mężczyźni też na ogół nie lubią się myć i golić tak często, jak tego od nich wymagamy. Wydaje mi się, że skoro oni potrafią o siebie zadbać dla nas, to my możemy im się odwzajemnić, wkładając atrakcyjną bieliznę. Czy należy mieć pretensje do dzisiejszych panów o to, że nie spieszą się z zakupem pierścionków zaręczynowych, skoro w perspektywie mają widok legginsów przez resztę życia?

I jak tu nie mieć poczucia uprzedmiotowienia? Czy to naprawde porównywalne z wymaganiem od mężczyzny żeby był czysty i ogolony? Jak dla mnie to absolutna podstawa. Mam nadzieję, że autorka nie chce mi zasugerować, że umyty i ogolony mężczyzna ma prawo oczekiwać ode mnie wszystkiego, włącznie z noszeniem pasa do pończoch, oraz że na pierścionek zaręczynowy zasługuje (jako na najwyższą nagrodę od gładko ogolonego mężczyzny) tylko kształtna pupcia w pięknych pończochach…

18
sie
07

Znowu onet mnie zabija, to chyba ten sezon ogórkowy tak działa na media…

Poczucie stabilności, jaką dają naszym nogom paski do pończoch, sprawia, że poruszamy się bardziej zdecydowanie. Na wszelkie ważne spotkania zakładam pończochy z paskami, bo choć są schowane głęboko pod niepozorną spódnicą i żakietem, dopiero z nimi czuję się odpowiednio przygotowana do robienia interesów. Mam wrażenie, że bielizna, jaką nosimy, ma wpływ na naszą postawę w oficjalnych sytuacjach. Najwyraźniej obecny kryzys w branży pończoszniczej spowodowany jest powrotem do łask legginsów i rajtuzów. Być może jestem staroświecka, ale moim zdaniem kobieta nie sprawia wrażenia wyzwolonej, gdy przypomina niewydarzoną instruktorkę aerobiku.

Jednak bezsprzecznie najlepszym miejscem dla pończoch jest sypialnia. I choć przeglądając magazyny dla panów można dojść do wniosku, że ich czytelnicy mają świra wyłącznie na punkcie piersi, z mojego doświadczenia wynika, że większość mężczyzn bardziej żywiołowo reaguje na parę zgrabnych nóg i kształtny tyłeczek. A nic nie podkreśla owych atutów lepiej niż podwiązki i pończochy.

Wiem, że dla wielu kobiet noszenie ich jest niewygodne i wymaga wysiłku. Lecz przecież mężczyźni też na ogół nie lubią się myć i golić tak często, jak tego od nich wymagamy. Wydaje mi się, że skoro oni potrafią o siebie zadbać dla nas, to my możemy im się odwzajemnić, wkładając atrakcyjną bieliznę. Czy należy mieć pretensje do dzisiejszych panów o to, że nie spieszą się z zakupem pierścionków zaręczynowych, skoro w perspektywie mają widok legginsów przez resztę życia?

I jak tu nie mieć poczucia uprzedmiotowienia? Czy to naprawde porównywalne z wymaganiem od mężczyzny żeby był czysty i ogolony? Jak dla mnie to absolutna podstawa. Mam nadzieję, że autorka nie chce mi zasugerować, że umyty i ogolony mężczyzna ma prawo oczekiwać ode mnie wszystkiego, włącznie z noszeniem pasa do pończoch, oraz że na pierścionek zaręczynowy zasługuje (jako na najwyższą nagrodę od gładko ogolonego mężczyzny) tylko kształtna pupcia w pięknych pończochach…

11
sie
07

język wykluczający

Co do braku odpowiednich określeń i niedoskonałości języka w temacie równości płci (‘miała dość jaj’ jako określenie szacunku – patrz komentarze pod poprzednim postem) to jeden z moich wykładowców kiedyś fajny eksperyment zrobił. Jest nas na sali 15 osób, z czego 12 lub 13 to kobiety. Wykładowca przez całe zajęcia zwraca się do grupy per ‘panie’ – Jak będą panie gotowe, to zaczniemy, niech mi panie powiedzą, czy zrobiły panie zadanie domowe?… wszystko z pełną premedytacją. Na koniec zajęć pyta się facetów czy czuli się nieswojo, oni odpowiadają że oczywiście tak. Na co wykładowca (określa się jako badacz gender) że tak samo kobiety czują się w świecie patriarchalnym i przystosowanym dla mężczyzn. Najbardziej jednak zadziwiło mnie co innego – na każde ‘panie’ skierowane do grupy mieszanej przecież, moje wnętrze odruchowo reagowało zmieszaniem, poczuciem nieadekwatności sytuacji, swego rodzaju zawstydzeniem. Chciałam odruchowo, żeby sprawiedliwości stała się zadość, żeby wykładowca do pań zwracał się jak do pań, a do panów jak do panów. Żeby mężczyźni byli uznani za mężczyzn a nie doklejani na siłę do kobiet. A mężczyźni tak chyba nie mają. Na palcach jednej ręki mogę policzyć takich, których znam, a którzy czują się niewygodnie jak publicznie odmawia się kobiecie prawa do kobiecości i wtłacza się ją w męskie wzorce.

09
sie
07

życie

Morula, embrion, zarodek, płód, dziecko… W dyskursie tzw. ochrony życia poczętego czy też pro-choice strony różnią się tym, że używają innego słownictwa. To, co dla jednego jest morulą dla drugiego jest dzieckiem poczętym, jedni łykają pigułki antykoncepcyjne, drudzy nazywają to morderstwem, bo wg nich pigułki te powodują poronienie, itp, itd… Każdy zdaje się mieć swój własny świat i nie spoglądać nawet w stronę tego drugiego.

Powiedziałam jakiś czas temu mojemu pastorowi, że jestem przeciwko zaostrzaniu ustawy (aborcyjnej, antyaborcyjnej, o ochronie życia? znowu problem ze słowami), a pastor na to ze zdziwieniem “to znaczy że jesteś za aborcją? chcesz żeby kobiety mogły sobie usuwać jak tylko sobie zachcą?” I jak przy takim silnie spolaryzowanym języku i myśleniu wytłumaczyć o ci mi chodzi? Ja też nie jestem za tym, żeby każda kobieta mogła “sobie usunąć” jak tylko będzie tego chciała. Ale odbieranie kobiecie w ogóle możliwości wyboru czyni ją zupełnie ubezwłasnowolnioną. Przeraża mnie to, że jak się nie jest agresywnym obrońcą “życia poczętego” to jest się częścią “cywilizacji śmierci”. Jesteś za morderstwem albo przeciw, żadnego środka. I jak tu znaleźć własny środek?

Nie zamierzam rozdmuchiwać dyskusji na nowo, bo niczemu to nie służy. Usłyszałam ostatnio jedną bardzo ciekawą rzecz i uznałam, że jest ona warta zapisania.

A więc

W 3 księdze mojżeszowej napisano że “życie ciała jest we krwi” (3 Moj. 17;11)

Krew płodu zaczyna krążyć w 7 tygodniu ciąży.

I co? I nic chyba, każdy przecież ma już swoje zdanie, nie podlegające renegocjacjom.

07
sie
07

poszukiwania środka

Jestem osobą, która spędziła dzieciństwo i młodość na ciągłej zmianie skrajności, czyli na wpadaniu z jednej skrajności w drugą. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale dla mnie samej wydawało się to najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Albo coś jest czarne albo białe, kocham albo nienawidzę, oni mnie kochają albo mnie nienawidzą… Cokolwiek by to nie było, dochodziłam do zrozumienia rzeczy i zdarzeń określając jak blisko i którego ekstremum się rzeczy te znajdują. Ale zdarzyło się w moim życiu kilka rzeczy, które spowodowały u mnie dojrzewanie i rozwój. Dziś naturalną i dojrzałą postawą wydaje mi się odnalezienie środka, złotego środka niemalże. Często mówię, że życie to sztuka wyborów i kompromisów. W niektórych dziedzinach życia środek znalazłam, w innych jeszcze długa droga przede mną. Dzisiaj chyba najbardziej potrzebuję zlokalizować mój środek w chrześcijaństwie i w feminiźmie, oraz współistnienie we mnie tych dwóch. Trafiłam ostatnio na dwa artykuły (linki za chwilę), które nawiązują do problemu skrajności i środka. Z jednej strony ten artykuł dający dużo do myślenia, a z drugiej taki artykuł, a szczególnie ten fragment:

Ania Kaplińska (1971) jako feministka po studiach myślała o wszystkim poza dzieckiem. – Żyło się od reportażu do reportażu, od balangi do balangi – wspomina. Gdy w wakacje lało, jej mąż Dominik (1973) pakował się z Anią do samolotu i lecieli na Maltę. Szaleli, aż przytrafiło się dziecko. – Teraz z perspektywy widzę, jaka pustka była w naszym życiu. No bo ile można jeszcze wypić nowych drinków i ile krajów zwiedzić? Człowiek chce, żeby zmiany w życiu były czymś więcej niż tylko nową sofą w salonie – mówi Ania.

Teraz Malta wysiada przy radości, z jaką Dominik zawiezie małą Zosię przyczepką rowerową na pobliskie glinianki.

Posiadanie dziecka, które “się przytrafiło”, jest przeciwstawione feminizmowi, który wg autorki artykułu, przejawia się szaleństwami, balangowaniem, imprezami, alkoholem i dzikimi wakacjami. Wygląda na to, że jednak nie mam szansy być prawdziwą feministką, bo nic z tych rzeczy nie występuje w moim życiu (no może ździebko alkoholu), nawet dziecko się nie “przytrafi” samo, bo jest tak jakby planowane… Wariactwo i nieodpowiedzialność za swoje życie są jak dla mnie równie antyfeministyczne jak świadome zamknięcie się w roli kury domowej. Komuś chyba zależało na tym, żeby komuś innemu zrobić zamęt w głowie przedstawiając feminizm jako brakujące ogniwo w rozwoju kobiety z dziewczynki w kurę domową.

Za to pierwszy przytoczony artykuł wciągnął mnie mocno. Historia kobiety, która kładła podwaliny pod amerykański ruch racjonalnego feminizmu i ruchu pro-choice, potem wybierając drugą skrajność, czyli duchowość mocno katolicką i pro-life. Imponuje mi w niej, a przynajmniej w tym jak opisana jest jej historia, że przejście na katolicyzm nie było decyzją jednej chwili, że “dojrzewała” do tego latami, oraz to, że nie widzę w niej postaw agresywnych. Wydaje się, że odrzucając wściekły radykalny feminizm i poszukując własnej duchowości znalazła swój środek. Ja swojego jeszcze szukam.

Widzę tę słabość w feminiźmie, że nie daje on możliwości ustawienia się pomiędzy skrajnościami, bo bardzo często jest w nim tylko jedna skrajność. Feminizm polski jest lewicujący albo lewacki. Jeśli ani jedno ani drugie, to szybko znika bo brak agresji nie pozwala przetrwać. Pozostaje tylko praca u podstaw. Nie wiem jak rozpropagować idee równości kobiet i mężczyzn wobec prawa, wobec społeczeństwa i jego instytucji, wobec Boga i kościoła. Jak mówię o sobie feministka, to po chwili widzę wbity we mnie wzrok pt: heretyczka (to w kościele) lub furiatka (poza kościołem). A jak mówię o samych przesłaniach ideowych feminizmu bez używania ‘tego’ słowa, to towarzyszy mi przytakiwanie “tak, tak, wiemy, to ważne sprawy, ale przecież nic złego się nie dzieje, można to zostawić na później, nie trzeba robić z tego afery…” I jak tu się znaleźć pomiędzy byciem wygwizdaną a zignorowaną?

Z moim chrześcijaństwem jest podobnie, ale to już następnym razem…