Były już części pierwsza i druga, teraz reszta, choć wiem, że i tak nie potrafię w żaden sposób wyczerpać tematu.
Całe moje myślenie o kapłaństwie zaczęło się od jednej refleksji: dlaczego traktujemy tych, którzy mówią do nas zza kazalnicy jak kapłanów, jak warunek konieczny naszej relacji z Bogiem? Tam, gdzie jestem i tam, gdzie bywam, mężczyzna(!) stojący za kazalnicą nie jest kapłanem w starotestamentowym ani w katolickim tego słowa znaczeniu. Jest nim natomiast w znaczeniu kapłaństwa powszechnego. Staje za kazalnicą z zamiarem nauczania (choć efekty bywają różne). Ciężko mi w tej chwili ocenić dokładnie, ale myślę, że około połowa z wysłuchanych przeze mnie kazań była tylko gadaniem pod publikę, gadaniem, bo coś trzeba powiedzieć, gadaniem dla zaspokojenia próżności gadającego, gadaniem do celów indoktrynacji i kontroli… itp. Dotyczy to zarówno 20 lat spędzonych w jednym kościele jak i ostatnich 10 spędzonych w różnych kościołach określających się jako protestujące przeciwko temu pierwszemu.
Nie stać mnie dzisiaj na rzeczową analizę, dzisiaj tylko zastanawiam się i zadaję pytania. Zastanawiałam się nad rolą pastora lub starszego, oraz nad faktem zwyczajowego dla tych funkcji połączenia nauczania i administrowania. Czy człowiek, który jest świetnym zarządcą i managerem (tacy też są w kościołach i są potrzebni) musi być jednocześnie nauczycielem słowa? Czy nauczający (i nierzadko wciskający innym swoją, jedynie słuszną, rację) musi umieć zarządzać kościołem jako organizacją posiadającą osobowość prawną przecież? Czy połączenie tych dwu funkcji nie służy przypadkiem wzmocnieniu “duchowej władzy” nad (ciemnym) ludem? No i wreszcie czy przemawiający do mnie zza pulpitu przemawia w imieniu Boga do mnie? Jeśli tak, to powinien mieć nieco więcej niż tylko swoją rację. Jeśli nie, to jakim prawem mówi mi jak mam żyć?
Nie znajduję odpowiedzi na swoje pytania. Nie znajduję ich w Biblii, bo wiem, że rozwiązania zastosowane w czasach nowotestamentowych nie są do końca adekwatne do dzisiejszych czasów. Zmieniła się kultura, więc nie udawajmy, że jesteśmy pierwszymi chrześcijanami. Czepię się jeszcze kobiety. Wiemy, że w czasach nowotestamentowych kultura nie dawała kobiecie prawa głosu. Ale kościół takie prawo już dawał, o czym świadczy wiele przykładów kobiet wymienianych w Nowym Testamencie z pełnionych przez nie funkcji. Czemu więc kościół nie rozwinął tego wątku, tylko uwstecznił się do czasów starotestamentowych, gdzie za jednym wyjątkiem (Debory) kobiety nie miały prawa pełnić funkcji publicznych? Kobiety mają wiele do zaoferowania. Wiele z nich fantastycznie się sprawdza w zarządzaniu i administrowaniu. Tylko czy ta funkcja nie jest zbyt cenna strategicznie dla mężczyzn, kapłanów naszych kościołów, żeby ją tak po prostu oddali?
No Comments Yet jak dotychczas
Dodaj komentarz
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <pre> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>