Spotykam się ostatnio z postawą, której nie rozumiem. No i niby nic to nowego, bo ja wielu rzeczy nie rozumiem jeszcze, ale to coś naprawdę mnie zadziwia. Od czasu jak zaczęłam otwarcie mówić o tym co myślę w kwestii kobiecej, w ogóle wypowiadać się w tej kwestii, jak najpierw nieśmiało a potem coraz odważniej zaczęłam mówić o sobie ‘feministka’, to z narastającą częstotliwością zaczęłam spotykać się ze strony kobiet z reakcją: “nie jestem feministką, ale…” albo “ja tam swoje zdanie mam, ale feministką nie jestem (nie chcę być)”. Skąd się to bierze, dlaczego kobiety nie chcą być uważane za feministki?
Wiem, że nie jestem wyznacznikiem, ani próbą reprezentatywną, ale u mnie rosnąca świadomość sprawy kobiecej i potrzeby wypowiadania się na ten temat wywoływała najpierw zainteresowanie, a wielu momentach identyfikację z tym, co już w sprawie kobiecej zrobiono, z szeroko pojętym feminizmem. Wydawało mi się, że jest to normalna reakcja. Skoro tak, to dlaczego inne kobiety (dodam, że inteligentne, niezależne, posiadające własne zdanie) tak bardzo się odżegnują od feminizmu? Powodów, jak zwykle, może być wiele.
Na tej stronie, przytoczonej u siebie przez Socjopatyczną znalazłam kilka zdań, które chciałabym tu zacytować, resztę każdy może sobie przeczytać sam (a warta jest przeczytania). Dyskusja dotyczyła mężczyzn praktykujących feminizm.
Grzesiek: Pewnej osobie, która zapytała mnie, po co się w to bawić, zacząłem wymieniać poglądy, które się z feminizmem wiążą. Ona się z nimi wszystkimi zgadzała. Tylko mówiła, że do tego wystarczy być normalnym człowiekiem. Wydaje się, że feminista to jest zawsze coś więcej.
Jakby ktoś powiedział, że nosi brunatną koszulę, nie lubi Żydów itd., ale poza tym nie jest nazistą, toby brzmiało dziwnie. Ale jak ktoś mówi, że jest przeciwko niższym płacom kobiet, dyskryminacji w pracy ze względu na płeć, przemocy w rodzinie, seksistowskim stereotypom, spychaniu kobiet z powrotem do sfery domowej itd., ale nie jest feministą, to brzmi w miarę normalnie.
Kobiety, o których mówię, reagują dokładnie tak samo – “myślę, nie chcę być uważana za gorszą od mężczyzny, chcę równych praw w życiu publicznym, chcę, żeby ludzie zauważali mnie i moje zdanie… itp, ale żeby zaraz feministka? Nie…. co to to nie!” Wstydzą się, czy boją? Czemu feminizm jest traktowany jak swego rodzaju trąd społeczny? Boimy się tego, czego nie znamy, nie rozumiemy. Czyli jednym powodem jest ignorancja.
Słowo ‘feminizm’ ma też silny pejoratywny wydźwięk. Żeby się czegoś pozbyć, trzeba to coś naznaczyć, sprawić, żeby inni też się bali a nawet brzydzili. Dzisiejsza władza tak postępuje z zagrażającą jej inteligencją nadając pejoratywne przydomki typu wspominanych już wielokrotnie ‘wykształchiuchów’, ’salonu’ czy ‘łże-elit’. Wiadomo, że każdy chce być akceptowany. Jedni mają tą potrzebę słabą, wystarczy im do życia akceptacja małej garstki ludzi, inni mają tę potrzebę silnie rozwiniętą i boją się nadwyrężyć lub utracić akceptację innych przez lekkomyślne przyznanie się do idei feminizmu. Czyli powodem numer dwa może być swego rodzaju strach społeczny.
Ale te dwa powody da się (mam nadzieję) zmieniać. Najgorszy jest trzeci – zrozumienie tego o co w feminizmie chodzi i świadomy opór, kontra. Wyobrażam sobie, że w obronie własnych interesów. Mam na to swoją nazwę.
W skrócie – jeśli masz swoje zdanie (w szczególności na wymienione powyżej kwestie) ale boisz się nazwać feminist(k)ą to jest duże prawdopodobieństwo, że zostałaś(łeś) dotknięta(y) jedną z trzech wymienionych przypadłości – albo ignorancją, albo strachem, albo oportunizmem. Co wybierasz?