Archiwum dla lipiec, 2007

25
lip
07

feminizm kontra feminizm

Spotykam się ostatnio z postawą, której nie rozumiem. No i niby nic to nowego, bo ja wielu rzeczy nie rozumiem jeszcze, ale to coś naprawdę mnie zadziwia. Od czasu jak zaczęłam otwarcie mówić o tym co myślę w kwestii kobiecej, w ogóle wypowiadać się w tej kwestii, jak najpierw nieśmiało a potem coraz odważniej zaczęłam mówić o sobie ‘feministka’, to z narastającą częstotliwością zaczęłam spotykać się ze strony kobiet z reakcją: “nie jestem feministką, ale…” albo “ja tam swoje zdanie mam, ale feministką nie jestem (nie chcę być)”. Skąd się to bierze, dlaczego kobiety nie chcą być uważane za feministki?

Wiem, że nie jestem wyznacznikiem, ani próbą reprezentatywną, ale u mnie rosnąca świadomość sprawy kobiecej i potrzeby wypowiadania się na ten temat wywoływała najpierw zainteresowanie, a wielu momentach identyfikację z tym, co już w sprawie kobiecej zrobiono, z szeroko pojętym feminizmem. Wydawało mi się, że jest to normalna reakcja. Skoro tak, to dlaczego inne kobiety (dodam, że inteligentne, niezależne, posiadające własne zdanie) tak bardzo się odżegnują od feminizmu? Powodów, jak zwykle, może być wiele.

Na tej stronie, przytoczonej u siebie przez Socjopatyczną znalazłam kilka zdań, które chciałabym tu zacytować, resztę każdy może sobie przeczytać sam (a warta jest przeczytania). Dyskusja dotyczyła mężczyzn praktykujących feminizm.

Grzesiek: Pewnej osobie, która zapytała mnie, po co się w to bawić, zacząłem wymieniać poglądy, które się z feminizmem wiążą. Ona się z nimi wszystkimi zgadzała. Tylko mówiła, że do tego wystarczy być normalnym człowiekiem. Wydaje się, że feminista to jest zawsze coś więcej.

Jakby ktoś powiedział, że nosi brunatną koszulę, nie lubi Żydów itd., ale poza tym nie jest nazistą, toby brzmiało dziwnie. Ale jak ktoś mówi, że jest przeciwko niższym płacom kobiet, dyskryminacji w pracy ze względu na płeć, przemocy w rodzinie, seksistowskim stereotypom, spychaniu kobiet z powrotem do sfery domowej itd., ale nie jest feministą, to brzmi w miarę normalnie.

Kobiety, o których mówię, reagują dokładnie tak samo – “myślę, nie chcę być uważana za gorszą od mężczyzny, chcę równych praw w życiu publicznym, chcę, żeby ludzie zauważali mnie i moje zdanie… itp, ale żeby zaraz feministka? Nie…. co to to nie!” Wstydzą się, czy boją? Czemu feminizm jest traktowany jak swego rodzaju trąd społeczny? Boimy się tego, czego nie znamy, nie rozumiemy. Czyli jednym powodem jest ignorancja.

Słowo ‘feminizm’ ma też silny pejoratywny wydźwięk. Żeby się czegoś pozbyć, trzeba to coś naznaczyć, sprawić, żeby inni też się bali a nawet brzydzili. Dzisiejsza władza tak postępuje z zagrażającą jej inteligencją nadając pejoratywne przydomki typu wspominanych już wielokrotnie ‘wykształchiuchów’, ’salonu’ czy ‘łże-elit’. Wiadomo, że każdy chce być akceptowany. Jedni mają tą potrzebę słabą, wystarczy im do życia akceptacja małej garstki ludzi, inni mają tę potrzebę silnie rozwiniętą i boją się nadwyrężyć lub utracić akceptację innych przez lekkomyślne przyznanie się do idei feminizmu. Czyli powodem numer dwa może być swego rodzaju strach społeczny.

Ale te dwa powody da się (mam nadzieję) zmieniać. Najgorszy jest trzeci – zrozumienie tego o co w feminizmie chodzi i świadomy opór, kontra. Wyobrażam sobie, że w obronie własnych interesów. Mam na to swoją nazwę.

W skrócie – jeśli masz swoje zdanie (w szczególności na wymienione powyżej kwestie) ale boisz się nazwać feminist(k)ą to jest duże prawdopodobieństwo, że zostałaś(łeś) dotknięta(y) jedną z trzech wymienionych przypadłości – albo ignorancją, albo strachem, albo oportunizmem. Co wybierasz?

24
lip
07

pierwszy

mój pierwszy wpis. zniknie jak uda mi się przenieść zawartość mojego bloga z www.lonia.wordpress.com

jak sie nie uda to będzie tak wisiało na zawsze, bo  ja nie darun, nie potrafię 20 blogów na raz pisać :D

20
lip
07

refleksja kontra analiza

Parę dni temu spędziłam w pociągu i na oczekiwaniu w urzędzie skarbowym w sumie prawie 4 godziny, więc spokojnie mogłam zająć się prasówką. Na pierwszy rzut poszło Wprost. Rzadko czytuję Wprost, niełatwo jest mi bowiem przełknąć niektóre proPiSowskie, antyliberalne komentarze. Ale czytać trzeba, choćby po to, żeby znać nie tylko swój punkt widzenia. No więc otwieram, pierwsza strona i od razu strzał prosto w twarz. Okazuje się, że jestem rozhisteryzowaną pensjonarką, której nie stać na wysiłek rzeczowej analizy. Już mi to kiedyś kręcący wytknął, tylko subtelniej. Komentarze na temat otaczającej nas rzeczywistości, jeśli nie są matematyczną analizą, to są jedynie zbiorową histerią. Krytykujący jest tylko niespełnionym frustratem, nie wyszło mu w pewnej dziedzinie, więc się wziął i uwziął i tępi tych, którym się udało. A czy pan w ogóle słyszał o konstruktywnej krytyce? W artykule pana Janeckiego wszyscy się tylko pretensjonalnie brzydzą i oczywiście nic konstruktywnego z tego nie wynika. Więc po pierwsze: czy nie taka właśnie jest rola opozycji – krytykować rządzących? Po drugie, gdyby nie zaangażowani opozycyjnie dziennikarze i publicyści to jaką przeciwwagę miałyby media rydzykowe? W innym swoim artykule pisze pan Janecki o demokracji - o tym, że musi ona mieć swoje śmieszności i że sednem demokracji jest dialog i spór a nie jednomyślność. Ale spór czy protest wobec rządzących IV RP nie jest nazywany demokracją, za to jednomyślność z rządzącymi i z etyką katolicką, dla której w ogóle przecież nie ma alternatywy, jest najczystszą cnotą. Czy tylko ja wyczuwam zgrzyt? Krytykuję i krytykować będę, ale nie dlatego że jestem niespełnionym politykiem czy dlatego że politykiem być chciałabym ale się boję. Krytykuję, dlatego że widzę, myślę i się nie zgadzam, dopóki mogę. Nie każdy ma możliwość zwołania swojej prywatnej armii i zrobienia porządku z tym, co się nie podoba. A nawet jeśli – lepiej krytykować i pomagać władzy w ten sposób (w końcu spór to demokracja, to głos ludu), czy może lepiej czynem (zbrojnym?) pokazać co się myśli? A może lepiej nie myśleć? Wtedy nie będzie problemu z niszczącą demokrację jedno-myślnością.

18
lip
07

polityka prorodzinna

Przeczytałam tutaj coś pięknego o Finlandii i tamtejszej polityce prorodzinnej państwa i się rozczuliłam… Jakby i u nas tak mogło być… Że przecież chodzi nie tyle o pieniądze, co o dbałość o rodzinę i o kobietę, o zwyczajną pomoc na codzień. Pomyślałam sobie, że nasze państwo w osobach niektórych parlamentarzystów tak bardzo dba o polską rodzinę, polską kobietę i jej dzietność, że za pomocą becikowego, w nieco nieudolny sposób, ale zawsze to coś, stara się polskiej rodzinie pomóc, zachęcić do rozrodu i wogóle… I że pewnie niedługo u nas też tak będzie, skoro państwu tak bardzo zależy… A później usłyszałam że otrzymanie emerytury po mężu dla którego się dom utrzymywało i któremu się dzieci wychowywało jest niewychowawcze. Że kobieta pozostająca w domu i w ten sposób inwestująca w zdrowie moralne i dobro rodziny oraz państwa może liczyć na wdzięczność… no czyją? państwa? Nie, państwo uważa jest decyzję i poświęcenie za niewychowawcze, bo państwo nie potrafi sprostać kilku skomplikowanym obliczeniom.

A ja wiem co zrobić! Pożyczyć (lub przejąć) kilka komputerów od parlamentarzystów, którzy i tak ich nie używają, bo w Warszawie pojawiają się raz na ruski rok, rozdać te komputery kilku kobietom, księgowym lub finansistkom na urlopach macierzyńskich i wychowawczych, dać zlecenie, niech w ciągu kilku miesięcy pracując w domu rozpracują te skomplikowane obliczenia, których panowie parlamentarzyści tak bardzo się boją, zapłacić im, żeby inne kobiety miały prawo do emerytur po mężach. Takie to skomplikowane? To byłoby o wiele bliższe polityce prorodzinnej. Bo to, o czym ostatnio słyszę w TV bardzo mocno zniechęca mnie do rodzenia dzieci. I jak tak dalej pójdzie, to będę namawiać męża żebyśmy płodzić dzieci pojechali do innego kraju, takiej Finlandii choćby. Tutaj nie mam szans na godziwy poród, godziwe życie na wychowawczym, godziwy powrót do pracy, godziwą emeryturę. Tutaj decydując się na dziecko, decyduję się na ogromne poświęcenie, i w imię czego się pytam?

Jest jeszcze jedna opcja – przestać płacić zusy, drugi filar, wszystko co ma etykietkę ‘emerytalne’. Skoro i tak tego nie dostanę, to po co? Lepiej rzeczywiście co miesiąc wpłacać na konto, wtedy jak się razem z mężem zarobimy na śmierć to przynajmniej dzieci będą coś z tego miały. Tylko że wtedy to nie wiem co się stanie, chyba zostałabym czołowym elementem antyspołecznym. Thoreau (o którym już kiedyś pisałam) odmówił wspierania państwa swoimi podatkami, bo się nie zgadzał z tym, jak państwo te pieniądze użytkuje. Ja nie zamierzam wspierać tego chorego systemu, więc chyba zatem zacznę pracować na czarno. Czy ktoś może zna inny skuteczny sposób postawienia się zusowi?

Właśnie przeczytałam, że socjopatyczna też potraktowała temat, cieszę się bardzo…

17
lip
07

Feminizm, gender… ile ludzi tyle definicji. Więc ja też chyba mogę się jakoś określić. Pisałam już kiedyś, że równie daleko mi do kościelnego ultrapatriarchatu jak i do super lewackiego szerokiego nurtu agresywnego feminizmu, bo nie lubię skrajności. Nie zależy mi na ujednoliceniu ról, nie zależy mi na upodobnieniu mężczyzn i kobiet do siebie, lubię męską męskość i kobiecą kobiecość (jakkolwiek kto to rozumie), lubię polaryzację do pewnego stopnia. Nie lubię zamykania opcji i braku wyboru. I chyba dlatego mówię o sobie – feministka. Nie nienawidzę mężczyzn, wręcz przeciwnie. Nie zleży mi na tym, żeby kobietom dawano fory, żeby stawiano je ponad facetami ani w życiu publicznym ani w kościele, bo takie podejście byłoby jedynie inną odmianą szowinizmu. Zależy mi na tym żeby kobiety miały równe prawa i obowiązki, nie mniejsze i nie większe. I mam nadzieję, że kiedyś tak będzie.

A co do teorii gender to wszystko fajnie, niech każdy sam decyduje jak chce wyrażać swoją płciowość, czy chce mieć coś wspólnego ze stereotypami czy nie, ale proszę mi nie chrzanić, że dziecko wybiera samo bo to nie jest prawda – dziecko MUSI oprzeć się na tym co dostaje od społeczeństwa a szczególnie od rodziców i na tym dopiero budować. jak nie dostanie od rodziców, jeśli rodzice nie ukształtują, to dziecko będzie nieukształtowane i niepewne swojej płciowości i ról z nią związanych. Ale jeśli będzie miało swoją płciowość określoną, to w późniejszym wieku będzie mogło na tej bazie budować wedle własnego wyboru. Bazę, fundament musi dostać od rodziców. A rodzice mają odpowiedzialność ułatwić dziecku start w dorosłość i przystosowanie (rozsądne, do pewnego stopnia) do społeczeństwa. A społeczeństwo ma obowiązek wychowywać obywateli. Przecież ludzie przystosowani są do życia “w stadzie” i muszą umieć się w tym stadzie zachowywać, a stado wspiera te zachowania jednostki, które są stadu potrzebne – liberalny, wolny rynek relacji międzyludzkich.

A feminizm w kościele? Wszyscy znamy panujący wśród szerokiej publiki stereotyp feministki jako brzydkiej grubej lesby (a jeśli hetero, to kolokwialnie mówiąc, pewnie niedopchniętej). W kościele panuje subtelniejsza wersja określania feministek – niezamężna kobieta (wszystkie chrześcijanki powinny dążyć do zamążpójścia, bez tego są niepełnowartościowe) jest niespełniona emocjonalnie i dlatego wsadza swoje piękne rączki i resztę pięknego ciałka nie tam gdzie powinna. Wybaczcie, ale mi to brzmi trochę jak “niedopchnięta”…

Wiele by można jeszcze powiedzieć, kiedyś jeszcze będzie ciąg dalszy…

17
lip
07

Feminizm, gender… ile ludzi tyle definicji. Więc ja też chyba mogę się jakoś określić. Pisałam już kiedyś, że równie daleko mi do kościelnego ultrapatriarchatu jak i do super lewackiego szerokiego nurtu agresywnego feminizmu, bo nie lubię skrajności. Nie zależy mi na ujednoliceniu ról, nie zależy mi na upodobnieniu mężczyzn i kobiet do siebie, lubię męską męskość i kobiecą kobiecość (jakkolwiek kto to rozumie), lubię polaryzację do pewnego stopnia. Nie lubię zamykania opcji i braku wyboru. I chyba dlatego mówię o sobie – feministka. Nie nienawidzę mężczyzn, wręcz przeciwnie. Nie zleży mi na tym, żeby kobietom dawano fory, żeby stawiano je ponad facetami ani w życiu publicznym ani w kościele, bo takie podejście byłoby jedynie inną odmianą szowinizmu. Zależy mi na tym żeby kobiety miały równe prawa i obowiązki, nie mniejsze i nie większe. I mam nadzieję, że kiedyś tak będzie.

A co do teorii gender to wszystko fajnie, niech każdy sam decyduje jak chce wyrażać swoją płciowość, czy chce mieć coś wspólnego ze stereotypami czy nie, ale proszę mi nie chrzanić, że dziecko wybiera samo bo to nie jest prawda – dziecko MUSI oprzeć się na tym co dostaje od społeczeństwa a szczególnie od rodziców i na tym dopiero budować. jak nie dostanie od rodziców, jeśli rodzice nie ukształtują, to dziecko będzie nieukształtowane i niepewne swojej płciowości i ról z nią związanych. Ale jeśli będzie miało swoją płciowość określoną, to w późniejszym wieku będzie mogło na tej bazie budować wedle własnego wyboru. Bazę, fundament musi dostać od rodziców. A rodzice mają odpowiedzialność ułatwić dziecku start w dorosłość i przystosowanie (rozsądne, do pewnego stopnia) do społeczeństwa. A społeczeństwo ma obowiązek wychowywać obywateli. Przecież ludzie przystosowani są do życia “w stadzie” i muszą umieć się w tym stadzie zachowywać, a stado wspiera te zachowania jednostki, które są stadu potrzebne – liberalny, wolny rynek relacji międzyludzkich.

A feminizm w kościele? Wszyscy znamy panujący wśród szerokiej publiki stereotyp feministki jako brzydkiej grubej lesby (a jeśli hetero, to kolokwialnie mówiąc, pewnie niedopchniętej). W kościele panuje subtelniejsza wersja określania feministek – niezamężna kobieta (wszystkie chrześcijanki powinny dążyć do zamążpójścia, bez tego są niepełnowartościowe) jest niespełniona emocjonalnie i dlatego wsadza swoje piękne rączki i resztę pięknego ciałka nie tam gdzie powinna. Wybaczcie, ale mi to brzmi trochę jak “niedopchnięta”…

Wiele by można jeszcze powiedzieć, kiedyś jeszcze będzie ciąg dalszy…

10
lip
07

o feminiźmie

A tutaj ciekawa dyskusja na temat kobiecości i feminizmu.

10
lip
07

wyrodne dziecko

Zastanawiam się czasem, czy nie jestem trochę jak romangie, którego na jakimś portalu jakiś internauta skomentował tak “Roman, gdyby nie okrągły stół, to dziś robiłbyś za ministranta, nie za ministra”. Ja się tak buntuję przeciwko kościołowi protestanckiemu, którego początki polegały na buntowaniu się przeciwko uzurpowaniu sobie władzy przez ówczesny kościół katolicki. Ale gdyby nie tamci ludzie, ileśtam wieków temu, to ja dzisiaj nie miałabym wyboru czy ja chcę być w kościele katolickim, protestanckim, czy może jakimś emergentnym. Gdyby nie otwarte umysły i odwaga tamtych ludzi to ja dzisiaj może nadal zamiast czytać biblię we własnym języku, słuchałabym mszy po łacinie. Tak, wiem, pewnych rzeczy nie da się zatrzymać, przyszłyby wcześniej czy później. Ale zastanawiam się czy wolno mi się tak bezkarnie wypinać na tych, którzy otwierali drogę wolności religijnej (nierzadko za cenę własnego życia), tylko dlatego że ktoś później wykręcił to wszystko i zrobił z tego kolejną świętą tradycję?

06
lip
07

kapłaństwo cz. ostatnia

Były już części pierwsza i druga, teraz reszta, choć wiem, że i tak nie potrafię w żaden sposób wyczerpać tematu.

Całe moje myślenie o kapłaństwie zaczęło się od jednej refleksji: dlaczego traktujemy tych, którzy mówią do nas zza kazalnicy jak kapłanów, jak warunek konieczny naszej relacji z Bogiem? Tam, gdzie jestem i tam, gdzie bywam, mężczyzna(!) stojący za kazalnicą nie jest kapłanem w starotestamentowym ani w katolickim tego słowa znaczeniu. Jest nim natomiast w znaczeniu kapłaństwa powszechnego. Staje za kazalnicą z zamiarem nauczania (choć efekty bywają różne). Ciężko mi w tej chwili ocenić dokładnie, ale myślę, że około połowa z wysłuchanych przeze mnie kazań była tylko gadaniem pod publikę, gadaniem, bo coś trzeba powiedzieć, gadaniem dla zaspokojenia próżności gadającego, gadaniem do celów indoktrynacji i kontroli… itp. Dotyczy to zarówno 20 lat spędzonych w jednym kościele jak i ostatnich 10 spędzonych w różnych kościołach określających się jako protestujące przeciwko temu pierwszemu.

Nie stać mnie dzisiaj na rzeczową analizę, dzisiaj tylko zastanawiam się i zadaję pytania. Zastanawiałam się nad rolą pastora lub starszego, oraz nad faktem zwyczajowego dla tych funkcji połączenia nauczania i administrowania. Czy człowiek, który jest świetnym zarządcą i managerem (tacy też są w kościołach i są potrzebni) musi być jednocześnie nauczycielem słowa? Czy nauczający (i nierzadko wciskający innym swoją, jedynie słuszną, rację) musi umieć zarządzać kościołem jako organizacją posiadającą osobowość prawną przecież? Czy połączenie tych dwu funkcji nie służy przypadkiem wzmocnieniu “duchowej władzy” nad (ciemnym) ludem? No i wreszcie czy przemawiający do mnie zza pulpitu przemawia w imieniu Boga do mnie? Jeśli tak, to powinien mieć nieco więcej niż tylko swoją rację. Jeśli nie, to jakim prawem mówi mi jak mam żyć?

Nie znajduję odpowiedzi na swoje pytania. Nie znajduję ich w Biblii, bo wiem, że rozwiązania zastosowane w czasach nowotestamentowych nie są do końca adekwatne do dzisiejszych czasów. Zmieniła się kultura, więc nie udawajmy, że jesteśmy pierwszymi chrześcijanami. Czepię się jeszcze kobiety. Wiemy, że w czasach nowotestamentowych kultura nie dawała kobiecie prawa głosu. Ale kościół takie prawo już dawał, o czym świadczy wiele przykładów kobiet wymienianych w Nowym Testamencie z pełnionych przez nie funkcji. Czemu więc kościół nie rozwinął tego wątku, tylko uwstecznił się do czasów starotestamentowych, gdzie za jednym wyjątkiem (Debory) kobiety nie miały prawa pełnić funkcji publicznych? Kobiety mają wiele do zaoferowania. Wiele z nich fantastycznie się sprawdza w zarządzaniu i administrowaniu. Tylko czy ta funkcja nie jest zbyt cenna strategicznie dla mężczyzn, kapłanów naszych kościołów, żeby ją tak po prostu oddali?