Archiwum dla czerwiec, 2007

29
cze
07

wytrych doskonały

Jesteśmy świadkami ogromnej rewolucji w zakresie naszego języka ojczystego. Tworzone są nowe słowa (łże-elity, wykształchichy), inne słowa zmieniają znaczenie (salon), pojawiają się nowe, niespotykane dotychczas kolokacje, mające na celu zmienić nieco znaczenie używanych w nich słów. Socjopatyczna pisze o tym dużo i konkretnie. Pojawiają się też słowa i zwroty “wytrychy”, takie, które otwierają każde drzwi. Np papież JPII jest dobrym wytrychem. Bez względu na temat dyskusji, “przyłożenie papieżem” jest argumentem niezawodnym, nie do odparcia. Wiele razy słyszałam w mediach wypowiedzi typu – to (czy tamto) jest realizacją nauczania papieża, papież nauczał tak a my podążamy za jego nauczaniem, tylko ta droga jest słuszna, bo zgodna z duchem nauczania papieża… Wytrych doskonały.

Innym doskonałym wytrychem jest słowo ‘demokracja’ a właściwie w kolokacji ‘zagrożenie demokracji’. Zaskakuje mnie fakt, że obie strony dyskursu politycznego używają tego zwrotu z równą swobodą i do własnych celów. Niezwykle plastyczny wytrych. Plastyczny być może dlatego, że jako naród nie mamy bladego pojęcia o co w tej demokracji chodzi.

Czy chodzi nam o bezpośrednią demokrację na sposób grecki? Każdy głos miał równą siłę, każdy miał prawo głosu (każdy, kto nie był kobietą lub niewolnikiem). Czy może raczej chodzi nam o demokrację sarmacką, wraz z osławionym ‘liberum veto’? Tak… bliżej nam do takiej wizji demokracji. Każdy szlachcic ma prawo mieć własne zdanie i przeforsować je, choćby siłą. Każdy ma prawo zerwać obrady sejmu, każdy może napsuć krwi całemu narodowi, bo on jeden się z czymś nie zgadza. Każdy, znaczy ten, kto nie jest kobietą albo chłopem pańszczyźnianym. Sarmaci są wśród nas i walczą o Polskę sarmacką, demokratyczną, wolnością i miodem płynącą…

Niedawno czytałam Obywatelskie Nieposłuszeństwo (na zajęcia z historii literatury) i porwała mnie ta lektura. H.D. Thoreau napisał esej o tym – w dużym uproszczeniu – że on się nie zgadza na to, co się w jego państwie dzieje, oraz o tym w jaki konkretnie sposób on się nie zgadza. Jego państwo (konstytuujące się Stany Zjednoczone) prowadziło wojny, politykę zaborczą wobec autochtonów, wspierało niewolnictwo, z jedynie słuszną religia (purytański kalwinizm) w tle i na sztandarach i w przekonaniu o własnej wyższości (osobom czytającym po angielsku polecam manifest). Thoreau wybrał swoją drogę protestu – w wyrazie odmowy poparcia dla rządu manifestacyjnie przestał płacić podatki. Najpierw spędził trochę czasu w więzieniu, a później osiągnął swój cel – zwrócił uwagę części społeczeństwa na to, co robi ‘władza’ i na to, jak społeczeństwo głosami i działaniami swoich obywateli może mieć wpływ.

Ja rozumiem, że prawo do własnego zdania i do protestu leży u podstaw wolności i demokracji. Nie rozumiem natomiast dlaczego nie umiemy korzystać z naszych praw w takim stylu jak Thoreau. Może dlatego, że to coś kosztuje. Łatwiej jest się buntować, vetować, protestować publicznie w grupie; trudniej jest śledzić to, co się w polityce dzieje przez miesiące i lata, poświęcić dzień albo dwa żeby świadomie zagłosować, włożyć trochę czasu i energii w użytkowanie swoich praw obywatelskich. Artykuł na ten temat tutaj.

Rozmawiam ostatnio z wieloma osobami na temat obecnie (nie)miłościwie nam panujących i z większością z nich mamy jedno wspólne – frustrację spowodowaną poczuciem niemocy. Rządzący mają swój tak zwany ‘moherowy elektorat’, który bez względu na nakrycie głowy jest elektoratem zdyscyplinowanym, żelaznym, betonowym, nie do ruszenia. A ci, którzy krzyczą o tym, jak bardzo zagrożona jest demokracja, mówią jednocześnie, że nie warto głosować, bo to i tak nic nie zmieni.

Proponuję być bardziej jak Thoreau – ponieść koszt i zaangażować się w swój kraj, jak tylko się umie – na początek choćby śledzić to co się w kraju dzieje i uczestniczyć w wyborach. Bo największym zagrożeniem dla demokracji jest nasza sarmacka postawa pod tytułem – jak nie po mojemu, to veto, nie idę na wybory.

26
cze
07

samowładza

Bulwersująca wypowiedź premiera – oto już w tytule pielęgniarki proszące o rozmowę z premierem w sprawie (nie)godziwych zarobków zostały zrównane z terrorystami. Socjopatyczna mówi w swojej notce o nadużyciach językowych naszej władzy, ale to, co się tutaj robi, przekracza nawet granice nadużyć językowych. W bardzo prosty sposób z pielęgniarek domagających się rozmowy, stały się protestującymi, z protestujących stały się łamiącymi prawo, z łamiących prawo stały się przestępcami, a przecież wiadomo, że rząd nie może zniżać się do rozmów z przestępcami. Już nie ma domniemania niewinności. Nie ma nawet postawionych zarzutów. Ale mimo to faktem oczywistym dla władzy jest że pielęgniarki są przestępcami i trzeba coś z nimi zrobić. Jak to się nazywa? Samosąd? Całkiem niedawno za samosądnie wydany i wykonany wyrok (w moim i nie tylko moim odczuciu była to obrona konieczna) kilku mężczyzn odpowiedziało przed sądem. Czy władza odpowie? Wątpię. A pielęgniarki już są przestępcami i podejrzewam, że ta łatka tak szybko się od nich nie odklei.

Zazwyczaj nie skupiam się na komentarzach internautów, ale ponieważ od niedawna jestem jednym (jedną) z nich to muszę tu i teraz przyznać rację niektórym komentarzom zawartym pod tym artykułem. Bo jeśli szanowny pan premier nie będzie rozmawiał z przestępcami to jakim cudem rozmawia i układa się z ludźmi, którzy mają prawomocne wyroki – Lechem Ka, Romanem Gie, Andrzejem eL i innymi?

Pan szanowny premier w ostatnich kilku akapitach pozuje na absolutny autorytet już nie tylko moralny ale i prawniczy. Smutno mi, że w takim państwie żyję. Smutno mi, że władza w imię wartości moralnych popełnia czyny bezprawne i niemoralne.

25
cze
07

mam żal

Jestem studentką. Nigdy nie studiowałam dziennie, nie było mi to dane. Po raz trzeci w życiu studiuję zaocznie. Dwóch pierwszych studiów nie ukończyłam, przestałam studiować po trzech i po czterech semestrach. Jakby zsumować cały ten czas, który spędziłam studiując, byłoby prawie pięć lat. Przez te lata cyklicznie powraca do mnie uparcie jedna myśl – student zaoczny w tym kraju, to gorszy rodzaj człowieka. Z moich obserwacji wynika, że student zaoczny zobowiązany jest płacić, opracować i opanować materiał samodzielnie, oraz nie wychylać się. Prawa studenta zaocznego wyglądają mniej więcej tak samo. Pierwszym kierunkiem, na jakim studiowałam było, bardzo wtedy modne, zarządzanie i marketing. Osób przyjętych na pierwszy rok – ponad 800, po 40 w grupie na ćwiczeniach. Ciężko było się czegokolwiek nauczyć, bo nawet jak ktoś bardzo chciał się uczyć to zderzał się ze ścianą obojętności i niedostępności grona profesorskiego. Po pierwszym roku została nas połowa. Odsiew na studiach zaocznych jest dwukrotnie większy niż na studiach dziennych. Dlaczego? Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Potem były drugie studia. Trochę lepiej, ale nie idealnie. A później wyjechałam do Stanów. Poszłam do zwykłego koledżu stanowego, żaden splendor. Ale doświadczyłam tego, że można być traktowanym uprzejmie i poważnie. Że profesor prowadzący zajęcia przykłada się, wymaga i pomaga, ma nastawienie, by służyć studentowi pomocą. Dlaczego nie mogę takiego nastawienia zobaczyć wśród polskich wykładowców?

Nauczyciel akademicki to już figura, władza niemalże. Nic, tylko bić pokłony. Proszę państwa, szacunek nie bywa bezwarunkowy, zdobywa się go ciężką pracą. Jestem dziś rozżalona, bo po roku doświadczania dość przedmiotowego traktowania przez niektórych wykładowców mojej nowej uczelni, dowiedziałam się że ćwiczeniowiec nie musi mi się tłumaczyć czy będzie na zajęciach czy nie, nie ma obowiązku się przede mną tłumaczyć z wykonywania swoich obowiązków wobec mnie. Jedni nauczyciele się nałogowo spóźniają, inni beznamiętnie odklepują swój materiał na wykładach bez względu na to czy jest on interesujący czy nie. Plan przewiduje kilkugodzinne przerwy między zajęciami (studenci dojeżdżający). Na palcach jednej ręki mogę policzyć przykłady i sytuacje, gdy jako studentka czuję, że komuś chodzi o rzetelne nauczanie, przekazanie wiedzy, pokazanie czegoś wartościowego. Przykładem mogą być zajęcia z panem, o którym wspomniałam w poprzedniej notce. Ale ogólnie mam odczucie, że chodzi już tylko o pieniądze. Bo godność osobista studenta jest mało istotna.

Ale ja też chcę być nauczycielem. Chcę uczyć innych tego, co sama wiem i dlatego potrzebuję swoją wiedzę rozszerzać, żeby później nie sprzedawać moim uczniom bubli. Będę podejmować pozytywistyczny trud nauczania. Może nawet będę siłaczką. Ale na pewno będę wyrażać swoje zdanie, mam czelność mieć je już teraz.

Panie Boże, chroń mnie przed pójściem tą samą drogą, co niektórzy moi obecni wykładowcy. Amen.

23
cze
07

teologia feministyczna po raz kolejny

Tym razem nie w formie moich przemyśleń i “wypocin”, ale w wydaniu kogoś o wiele bardziej uprawnionego do zabierania głosu na ten temat. Jeden z moich wykładowców, który zresztą już od października, odkąd mam z nim zajęcia, nieustanie robi na mnie spore wrażenie swoją wiedzą i profesjonalizmem, dzisiaj zrobił na mnie duże wrażenie czymś innym – okazało się, że doktoryzuje się z zakresu teologii feministycznej, a ściślej języka, którym ten obszerny dział teologii się posługuje. W kilku zdaniach w przelotnej rozmowie podczas zajęć ujął to, na co ja nie mogłam ostatnio znaleźć słów. Otóż ja od jakiegoś czasu czuję dyskomfort mówiąc i pisząc o feminiźmie. Jest tak dlatego, że ciężko jest mi znaleźć swoje miejsce w dyskursie feministycznym, ciężko mi się opowiedzieć po jednej stronie. Nie chcę być agresywną lewacką feministką, taką co to odgraża się mężczyznom jak tylko może, ale nie chcę też być potulną zahukaną w imię chrześcijańskich wartości kurą domową. Większość przeczytanych przeze mnie publikacji z zakresu feminizmu (i węziej teologii feministycznej) opowiadała się właśnie po jednej ze stron tego spolaryzowanego dyskursu. I dzisiaj serce mi urosło jak usłyszałam, jak ktoś inny to za mnie zwerbalizował – jest trzecia droga, można wypowiadać się po stronie środka, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. W Wyborczej dwa tygodnie temu ukazał się artykuł autorstwa mojego wykładowcy (w zasadzie ćwiczeniowca) na ten temat do przeczytania tutaj, polecam. Panie Aleksandrze, dziękuję, SALUTE!

20
cze
07

kapłaństwo cz.2

Doznałam wczoraj olśnienia.

A było tak: Ledwie zdążyłam napisać notkę, poszłam do kościoła, bo miał przemawiać pewien człowiek z Indii. Pominę ocenę kazania i innych okoliczności i skupię się na moim olśnieniu. Proszę sobie wyobrazić sytuację: jest sobie kaznodzieja, mówi po angielsku, obok stoi dziewczyna i tłumaczy to co kaznodzieja mówi; po około 10 minutach przybiega ktoś z butelką wody i szklanką dla kaznodziei, znaczy, żeby sobie zwilżył gardło, bo dużo mówi i ważne, żeby mu nie zaschło w połowie kazania (do połowy było jeszcze daleko). I co? Kaznodzieja pyta tłumaczki w niemym geście, czy też by może wody chciała. Tłumaczka w geście równie niemym, że niekoniecznie. Ale ktoś z tłumu się reflektuje i leci po szklankę dla tłumaczki. Po wszystkim pastor mówi do kościelników zgromadzonych nadzwyczaj tłumnie jak na wtorek, żeby poszli i porozmawiali z kaznodzieją i podziękowali indywidualnie za usługę.

No i niby drobiazg, będzie, że się czepiam, ale dla mnie ta sytuacja była nadzwyczaj wyrazista. Nie chodzi o to co wyznajemy w teorii, ale o to co robimy w praktyce. Dlaczego służba tłumacza nie jest potraktowana na równi ze służbą kaznodziejską? Tłumacz jest tylko narzędziem, to mówca jest ważny. A nieprawda. Mówca jest narzędziem w równym stopniu, no chyba że jest kapłanem, wtedy jest kimś więcej. Ma DUCHOWĄ służbę, ważniejszą… O co mi chodzi? Powszechne kapłaństwo to powszechny przywilej i powszechny obowiązek, jedno z drugim, nierozłącznie, sto procent jednego i sto procent drugiego, taka kościelna unia hipostatyczna, teologia w praktyce. Kapłani kiedyś byli pośrednikami między Bogiem a ludźmi, katoliccy kapłani nadal sobie to prawo uzurpują. Jeśli rzeczywiście takie prawo mają, to rzeczywiście należy im się szczególny szacunek. Ale powszechne kapłaństwo nie pośredniczy. Powszechnie jesteśmy sobie kapłanami nawzajem. Tylko czemu jedni bardziej?

A swoją drogą to jest w tym wszystkim coś pozytywnego – kobieta przysłużyła się swoim umysłem. No bo tłumaczenie to przecież nie praca fizyczna :)

19
cze
07

kapłaństwo cz.1

Niedawno, przy okazji wpisu o teologii feministycznej, kręcący powiedział mi, że określiłam swoje pole działania. Przyznaję, że rola kobiety i feminizmu w kościele to jedna z tych rzeczy o których na pewno chciałabym pisać, ale przecież nie jedyna, czego dowodem jest poprzednia notka. Nie chciałabym więc czynić żadnych manifestów, żadnych dookreśleń, nie lubię szufladek. Co będzie to będzie. Dzisiaj będzie trochę o kościele.

Wyrastam z tradycji, w której normalny i na porządku dziennym (no, może niedzielnym) jest podział na ludzi świeckich i kapłanów. Świeccy przychodzą, wypełniają ławki, słuchają i robią to, co się do nich mówi, przynajmniej w teorii. Kapłani celebrują, zarządzają, nauczają i robią wszystko to, co lider powinien, przynajmniej w teorii. Po dwudziestu latach zmieniłam system wyznania na taki, który nie miał kierować się “najświętszą tradycją” ale Biblią, która w Nowym Testamencie (w przeciwieństwie do Starego) głosi między innymi powszechne kapłaństwo. Powszechne oznacza dla mnie: wszystkim dane, od wszystkich wymagane. Oczywiście wszystko w zakresie i w zależności od otrzymanych od Boga darów. Tak więc cytując Pawła Apostoła z 12 rozdziału Listu do Rzymian:

A mamy różne dary według udzielonej nam łaski; jeśli dar prorokowania, to niech będzie używany stosownie do wiary; jeśli posługiwanie, to w usługiwaniu; jeśli kto naucza, to w nauczaniu; jeśli kto napomina, to w napominaniu; jeśli kto obdarowuje, to w szczerości; kto jest przełożony, niech okaże gorliwość; kto okazuje miłosierdzie, niech to czyni z radością.

Z innych fragmentów dowiaduję się, że Bóg nie ma względu na osoby. Czy cytowany zatem fragment odnosi się również do kobiet? Okazuje się, że wielu przełożonych ma z tym problem, dlatego że w innym fragemncie Paweł Ap. napisał, że nie pozwala kobiecie mówić na zgromadzeniu i że nie pozwala nauczać. I ten powyższy fragment, w moim odczuciu bardzo generalny i skierowany po prostu do kościoła, ugina się pod ciężarem fragmentów raczej skierowanych do konkretnych zborów, konkretnych osób w konkretnym miejscu i w konkretnej kulturze, dla wygody zupełnie z tego kontekstu kulturowego wyrywanych. W obserwowanych przeze mnie kościołach (oczywiście generalizuję, bo są wyjątki) kobiety mają możliwość udzielać się w kościele gotując, sprzątając, zajmując się dziećmi, generalnie robiąc to co we fragmencie wyżej było określone jako usługiwanie. A co się stało z innymi darami, z innymi możliwościami? Dlaczego kobieta może udzielać się we wspólnocie przy udziale swoich rąk, ale nie swojego umysłu? Widocznie coś z kobiecym umysłem jest nie tak (mniejszy mózg?), albo jest w nim coś groźnego, albo… nie wiem co jeszcze, brak mi pomysłu…

Jest taki zwyczaj, że ludzie chcąc podziękować Bogu, za to że zaopatrza ich w jedzenie, modlą się przed posiłkiem. Nie wiem ile razy słyszałam modlitwę, która leci tak: Boże, dziękuję ci za jedzenie i za te ręce, które ten pokarm przygotowały… Ktoś kiedyś dowcipnie dodał: i za resztę ich ciał… Mówi samo za siebie chyba.

A jeśli Bóg obdarzy kobietę darem nauczania? Już słyszę wirtualnie ten głos, który w przeszłości słyszałam w realu wiele razy: “to niemożliwe, Bóg jest wierny swoim zasadom”. Tylko czy aby na pewno są to JEGO zasady? Kobieta nie powinna się na zgromadzeniach odzywać, bo zawsze tak było. Święta Tradycja Protestantyzmu. Kobieta do garów.

18
cze
07

kobieta wg rokity

Jana Rokitę lubię. Nie dlatego że jest dobrym politykiem, bo nie mnie oceniać. Lubię go za styl politykowania, za nakrycia głowy, za wyrazistość, za bezwstyd, za cięty język, no i za podejście do żony. Okazuje się jednak, że jest wielu ludzi, zapewne również wiele środowisk przez nich reprezentowanych, które z tych samych powodów Jana Rokity nie lubią. Kilkakrotnie słyszałam w środkach przekazu o jego niepotrzebnej ekstrawagancji, o uzurpowaniu sobie władzy, a także o tym że żona nad nim pewnie dominuje (powiedziane z przekąśnym uśmieszkiem). Zastanawiają mnie takie komentarze. Widać w naszym społeczeństwie nie ma jeszcze miejsca na związki partnerskie, zawsze jedna strona musi być wyraźnie dominująca. A w związku państwa Rokitów jak widać Nelly nie jest trzymana krótko, wobec czego wniosek nasuwa się sam – to ona rządzi. Nelly rules, Janek pod pantoflem – tak by to chcieli widzieć różni pseudopismacy. Wiem, emocjonuję się teraz, ale to z powodu zasłyszanego rano w RMF fm kontrwywiadu z Janem Rokitą, który to wywiad, a właściwie jego część tylko upewniła mnie w przytoczonych powyżej opiniach. Niniejszym fragment interesujący:

Konrad Piasecki: Niesiołowski odgrywa rolę pajaca. Komorowski chodzi na sznurku. Tusk nie jest charyzmatyczny do końca, a jego największym błędem jest to, że chce zostać prezydentem.
Jan Rokita: Interesujące. No i co?
Konrad Piasecki: Pańska żona tak mówi.
Jan Rokita: No i co?
Konrad Piasecki: Zastanawiam się, czy pan podziela to zdanie.
Jan Rokita: A pan dyskutuje za pośrednictwem radia ze swoją żoną?
Konrad Piasecki: Nie, ale na szczęście moja żona wybrała pozytywistyczny trud nauczania dzieci historii, a nie angażowania się w politykę.
Jan Rokita: Ale nauczanie historii to jest świetna okazja do tego, żeby wyzwolona, inteligentna, nowoczesna kobieta posiadała poglądy polityczne i je głosiła. Więc niech pan żonę zachęci do tego.
Konrad Piasecki: Posiada, ale ogranicza je do ogniska domowego.
Jan Rokita: No to ja uważam, że każda inteligentna, nowoczesna kobieta powinna starać się głosić swoje poglądy polityczne, bo żyjemy w takich czasach.
Konrad Piasecki: Abstrahując od tego zdania….

No i proszę państwa, szanowany redaktor Piasecki popisał się tym, że patriarchat jest mu na rękę i że bardzo się cieszy z tego, że żona nawet jak ma swoje zdanie, to zatrzymuje je tylko dla siebie i nie przynosi szanowanemu mężowi wstydu. Współczuję pani Piaseckiej, co to na szczęście (dla niej, czy dla niego?) żyje w pozytywiźmie i zostanie siłaczką. Gratuluję panu Piaseckiemu poglądów i posłusznej żony. W dzisiejszych czasach to rzadkość. Te babska tak się rozbestwiły teraz, że nie dość, że myślą, to jeszcze swoje poglądy publicznie wygłaszają.

16
cze
07

seks-talk

Zrobiłam młodzieży w piątek seks-talk, co znaczy, że porozmawialiśmy sobie (nie oszukujmy się, głównie mówiłam ja) o tym co w temacie seksualności w nas siedzi. Troszkę to przypominało taką malutką konferencję, którą kiedyś, dawno dawno temu zrobiliśmy w Poznaniu pod szyldem ChSA. Konferencja była o seksualności i bardzo wtedy chcieliśmy, żeby się o tym mówiło, żeby to nie był temat tabu, żeby o seksie można było rozmawiać “jak o cytrynie”. Oczywiście moja pogaducha nie może się równać, ale i tak jestem bardzo zadowolona. Okazuje się, że młodzież jest bardzo uświadomiona, nie ma milionów lęków z powodu tego że odczuwa swoje potrzeby (ona, ta młodzież). Cieszę się, że da się z nimi normalnie porozmawiać. Najbardziej chyba byli zaskoczeni tym, że kobieta i mężczyzna mają inne potrzeby, są inaczej poukładani, że inaczej odczytują sygnały, które zdają się być tak oczywiste. Dużo było mowy o grzechu i wybaczeniu, o tym co naturalne i o tym co wypaczone. Ale nie było chichotów i głupkowatych tekstów. Bardzo się z tego wieczoru cieszę.

08
cze
07

sakrum ???

Pojawił się dzisiaj w moim śnie ktoś, kto kiedyś był przyjacielem, a kogo nie widziałam już od wielu wielu lat. Nawet nie wiem co się z nim dzieje. Kiedyś długie dzienne i nocne rozmowy z nim burzyły powoli mój wtedy mocno konserwatywny i separatystyczny pogląd na Boga, chrześcijaństwo i na cały świat. Mocno się buntowałam, nie chciałam żeby mi ktoś zabierał mój legalizm, bo czułam się w nim bardzo bezpieczna. On wtedy wiele przeżywał, między innymi rozczarowanie protestantyzmem. Kilka lat później zafascynowany nie wiem czy bardziej osobowością czy nauczaniem JPII wrócił na łono KRK. A ja się buntowałam. Nie rozumiałam dlaczego ludzie tak inteligentni jak on wybierają KRK ponad protestantyzm. No bo jak można z jedynie słusznego poglądu protestanckiego wrócić do bałwochwalstwa? Tak, wiem, ironizuję, ale inaczej się nie da. Sław, pewnie nigdy tego nie przeczytasz, ale dziękuję ci że ze mną wtedy rozmawiałeś.

Moja odpowiedź brzmi sakrum. Pisownia celowo spolszczona, sprofanowana niemalże. Dlaczego tęsknię za sakrum? Dlaczego wolę tajemnicę od prostych odpowiedzi na trudne pytania?

Krąży w moim obecnym zborze taki dowcip szkółkowy o tym jak to ciocia nauczycielka na szkółce niedzielnej pyta dzieci: “co to jest, rude, chodzi po drzewach i żywi się orzechami?” a przysłowiowy jaś na to: “wygląda mi to na wiewiórkę, ale to na pewno Pan Jezus.” Dla niektórych śmieszne, dla niektórych nawet bluźniercze, a dla mnie po prostu straszne.

Symboliczne. Mam już dość prostych odpowiedzi i wszystkowiedzących braci starszych w Panu. Chcę tajemnicy, drążenia i pytania Boga z drżącymi ze strachu nogami co też On może odpowiedzieć. Kiedyś ktoś mi powiedział – uważaj z proszeniem Boga o różne rzeczy, bo On może ci je naprawdę dać. Wyśmiałam, ale później zrozumiałam. Nie to, co ja chcę, nie wszystkie moje zachcianki. Niech Bóg będzie Bogiem. On nie musi być przede mną nagi. Sacrum.

04
cze
07

teologia feministyczna

Stała się rzecz niesamowita. Nigdy nie myślałam że to zrobię. Jakbym spotkała brata Kajfosza dzisiaj to starając się zachować jak najwyższy poziom szacunku w głosie powiedziałabym coś w stylu “jak szanownemu bratu nie wstyd podpisywać się własnym nazwiskiem pod czymś takim?” Ja wiem, że to było kilkanaście lat temu i że wielu ludzi myślało inaczej niż myśli teraz, ale mimo wszystko… A reakcja moja spowodowana jest odnalezieniem tego historycznego już artykułu o teologii feministycznej w tłumaczeniu właśnie brata Kajfosza. Czytałam ten artykuł z rosnącym niesmakiem pomieszanym z przerażeniem. Przerażona byłam nie tylko tym, że można być tak negatywnie nastawionym (różni ludzie różnie mają) ale również sposobem argumentacji, bardzo odbiegającym od poprawnego logicznego argumentowania. Przerażona jestem tym, że na podstawie kilku chorych i wypaczonych (tu się zgadzamy) przypadków uprawiania teologii przez kobiety autor pozwolił sobie wysnuć wniosek że teologia w żaden sposób nie jest przeznaczona dla kobiet bo one umieją tylko ją zniekształcić i wypaczyć. Do spójnej jedności wypowiedzi zabrakło mi tylko zawołania “kobieta do garów”. Dla równowagi poczytałam sobie kilka innych tekstów, także nie idealnych ale o wiele bardziej trzeźwo patrzących na rzeczywistość w poruszonym temacie. Zainteresowanych odsyłam tutaj i tutaj, a nawet tutaj. Smutno mi, że tak mało się mówi o kobietach w kościele i tym co ich dotyczy, skoro jest ich w kościele przynajmniej tyle samo co mężczyzn. Miłego czytania.