no po prostu nie wiem jak to nazwać
chodzi za mną jak cień ostatnio pewna myśl
filozofia pewnie nazwała to już dawno temu ale nie siedzę w filozofii wystarczająco głęboko żeby to wiedzieć
Oglądałam ostatnio kilka filmów i seriali które zakładały wyginięcie większości ludzkości w wyniku kataklizmów, ataków nuklearnych lub epidemii oraz pokazywały późniejsze odbudowywanie struktur społecznych. Mój mąż ogląda pewien brutalny w wyrazie serial (a ja czasami podglądam) o tym jak budowało się struktury społeczne w trakcie “zdobywania” terytoriów na zachodzie Północnej Ameryki. Wniosek po oglądaniu takich rzeczy nasuwa się jeden – ludzie to bestie skąpo przyodziane w reguły współżycia społecznego.
Mój anarchizm w tej sytuacji trzeszczy w podstawach. No bo skoro człowiek to bestia, która jak tylko urwie się z łańcucha misternie przez wieki budowanej cywilizacji, wraca natychmiast do pierwotnych instynktów zabijania, to ktoś jest potrzebny żeby tę dzicz jakoś ogarnąć – rządy, władze, wojska i inne instytucje stworzone do zarządzania, kierowania, kontrolowania… Zastanawiam się czy te filmy i seriale nie są tworzone właśnie po to, żeby ludzie przerażeni wizjami im przedstawianymi (jak nie będzie komu rządzić to otoczą cię bestie) cieszyli się że mają rząd, cywilizację, instytucje, walkę o władzę i pieniądze. Człowiek przerażony tym, że z drugiego człowieka może wyjść bestia, jeśli nie będzie odgórnej kontroli, łatwiej poddaje się choćby i najgłupszym wybrykom władzy. Bo lepsza władza niedoskonała niż żadna.
BTW taka wizja bestii w nas, która musi być kontrolowana z zewnątrz chyba kłóci się z ewolucjonistyczną teorią o tym jak to zasady moralne wyewoluowały bo musiały. Myślę, że człowiek stworzył zasady współżycia społecznego jak wszczepiona mu moralność zaczęła uwierać za bardzo i jak zorientował się że instytucje uwolnią go od ciągłego i samodzielnego kontrolowania własnej bestii.
Ja będę wierzyć że człowiek stworzony jest jako dobry, zepsuty jest grzechem, ale jeśli zdecyduje zmienić swoją wewnętrzną bestię (grzech) i otrzyma ponadnaturalne wsparcie stworzyciela (wierzę że dostępne dla każdego kto chce), to nie musi bestią być, choćby nawet żadnej zewnętrznej kontroli nie było, bo kontrola będzie wewnątrz.
I to jest właśnie dobra nowina.
Taka moja mała regeneracja po okresie melancholijnej zapaści pisarsko-twórczej.
Byłam wczoraj w kościele. Powinnam powiedzieć że jak zwykle w niedzielę, ale nie jest to takie oczywiste. Do kościoła bowiem z konieczności i z wyboru też chodzę najwyżej raz w miesiącu. Uprawiam kościół i bywam kościołem znacznie częściej i to mnie cieszy. Chodzenie do kościoła nie cieszy. Ale to jest wątek na inną okazję. Dziś chciałam napisać że byłam w kościele i że z niekłamaną radością wysłuchałam kazania (a to mi się zdarza raz na ruski rok).
Kazanie było o gościu – takim co jest gościem w życiu, przybywa do życia w gości, nic nie robi bo jest gościem, oczekuje, że zostanie obsłużony bo gość nic nie musi robić tylko być wielkim. Znam kilku takich “wiecznych gości”. Kazaniu towarzyszył tekst z ewangelii o tym jak Jezus pomimo że był Panem i Bogiem zniżył się żeby umyć uczniom nogi. Pomimo że był gościem na ziemi przyjął rolę gospodarza – usługującego innym. Fajne. Ale najbardziej w kazaniu podobało mi się to, że postawa chrześcijańska i chrześcijaństwo generalnie zostało zdefiniowane nie poprzez poziom uniesień duchowych czy przez częstotliwość wykonywania obowiązków chrześcijańskich typu modlitwa, czytanie biblii, uczęszczanie na nabożeństwa, ale poprzez bycie gospodarzem dla innych, służenie innym. I to jest dla mnie clue. Pewien pastor nazwał taką postawę ewangelią obywatelską i chyba miał na myśli coś gorszego niż “prawdziwa” ewangelia.
Ewangelia obywatelska to taka, która widzi człowieka razem z jego potrzebami, które trzeba zaspokoić (i nie o zachciankach mowa). Potrzebami nie tylko duchowymi, ale wszelkimi. Traktuje człowieka jak człowieka a nie jak dane statystyczne lub przestrzeń do zaistnienia dla duchowieństwa.
Ewangelia obywatelska to taka, która chce tak samo traktować człowieka, bez względu na jego pozycję społeczną, przynależność kościelną, stan posiadania i miejsce zamieszkania.
Farmer uprawiający kawę w Etiopii ma takie same potrzeby życiowe jak współspacz z ławki w kościele. Jak być gospodarzem a nie gościem w życiu? Współspacza z ławki w kościele możesz zabrać na kawe, pogadać, może ma zmartwienie o którym chce pogadać, a może ma inny powód do tego żeby spać w ławce w kościele. I możecie wypić kawę Fair Trade, której zakup pomoże farmerowii w Etiopii przeżyć i wyżywić rodzinę. Obie te rzeczy wyglądają na zachowanie gospodarza. Grzanie ławek w kościele to postawa gościa, który jest i nic nie musi robić bo jest wielkim gościem.
Słyszałam już tyle komentarzy od przeróżnych ludzi na temat tego jaki to emergent straszny i heretycki i diabelski i nie wiem jaki jeszcze. Jednakowoż ci sami ludzie mają poważny problem z wyjaśnieniem na czym emergent polega i dlaczego jest heretycki.
Znalazłam (dokładnie to mój mąż wygrzebał) taki artykulik, który choć krótki to wzbudził we mnie spore emocje, właśnie dlatego, że prezentuje postawę opisaną w akapicie powyżej.
Według Etheridge’a, Emerging church – znany ze swojej elastyczności w doborze współczesnych form i metod dopasowanych kulturowo – wybiera to co dobre z przeszłości chrześcijaństwa przedstawiając jednocześnie wiarę w bardzo współczesny sposób.
Ci, którzy znają ten ruch, mówią, że jego członkowie starają się żyć wiarą w, jak twierdzą – postmodernistycznym społeczeństwie, podczas gdy ich liderzy często bywają bardzo krytyczni wobec tradycyjnych kościołów ewangelicznych, przypisując często większą wartość dobrym uczynkom i społecznej aktywności.
Z powyższego wynika że emergent (emergent a emerging church – niektórzy rozróżniają te dwa pojęcia, jednak ze sposobu w jaki napisany jest ten tekst wnioskuję że autor nie czyni rozróżnienia) to jest:
- elastyczność w doborze form
- stosowanie metod dopasowanych kulturowo
- wybieranie z przeszłości chrześcijaństwa dobrych rzeczy (i chyba w domyśle stosowanie ich)
- przedstawianie wiary we współczesny sposób
- życie wiarą w społeczeństwie w którym przyszło nam żyć
- krytyka wobec ortodoksyjnych kościołów
- przypisywanie wielkiej wartości dobrym uczynkom i społecznej wrażliwości
No i pięknie. I mój emergent taki właśnie jest (albo raczej zaczyna być). Nie widzę tu ani jednej grzesznej rzeczy. Zresztą akapit dalej cytowany duchowny przyznaje:
… powinniśmy przyklasnąć większości ze stosowanych przez nich metod i sposobów, a nawet je zastosować we własnych kościołach …
No to o co chodzi? Wszystko zawiera się w dalszym ciągu tego akapitu:
… ruch [emergent] napędzany jest przez dawne filozoficzne trendy podważające fundamenty wiary chrześcijańskiej – zapisane Słowo Boga.
i troche wcześniej:
Jeśli kościoły, które kierują się zasadą Sola Scriptura (tylko Biblia) nie zareagują na zaniepokojone głosy odnośnie Emerging Church, możemy stracić całe pokolenie wierzących.
Więc jeszcze raz i w tłumaczeniu z uczonego na nasze:
1. Emergent jest heretycki, bo napędzany jest przez jakieś dawne filozoficzne trendy (bliżej nieokreślone, ciekawe czemu?), które rzekomo podważają fundament wiary którym jest ZAPISANE słowo Boga. Jakub pisze że wiara bez uczynków martwa jest. Emergent nie wycina Biblii z chrześcijaństwa, ale kładzie nacisk na to by ta Biblia nie leżała plackiem jak kamienny fundament ale raczej była zasadą działania – bardzo praktycznego codziennego życia. Nie służyła li tylko do medytacji i usztywniania dogmatów, ale raczej do ciągłego weryfikowania własnych postaw społecznych i związanych z nimi praktycznych działań. Stąd nacisk na społeczny wymiar wiary. A mówienie w takim kontekście o SOLA SCRIPTURA jest nieporozumieniem. No chyba że autorowi chodzi o to że poza pismem chrześcijanin nie powinien widzieć nic innego ani zajmowac się niczym innym.
2. Emergent jest zły, bo grozi utratą trzódki, a wiadomo powszechnie, że to jest najwyższy priorytet kościołów zinstytucjonalizowanych – rząd dusz. Tu nie potrzeba komentarza, znamy to z praktyki. Stąd też ktytykowanie instytucjonalnego kościoła jako posiadającego cele inne niż przynoszenie ludziom dobrej nowiny.
Sumienie nakazuje mi dopisać jeszcze jedną rzecz, z którą to związany jest mój prywatny emergent, moja prywatna wiara. Każda z wielkich religii tego świata ma swoje hopla, swój fundamet, if you wish, który ma być dla wyznawców najważniejszy. W katolicyźmie (z grubsza) jest to święta tradycja, w protestantyźmie powstałym na proteście wobec katolicyzmu jest to Biblia (Sola Scriptura), w innych religiach objawienia pochodzące od poszczególnych proroków. Każda z tych religii zmutowała swój fundament, niekiedy doprowadzając do absurdów. Protestantyzm tak się zapętlił w uznawaniu Biblii i tylko Biblii, tak okopał się sztywnymi na kamień doktrynami, tak wywyższył słowo zapisane, że zupełnie zatracił z oczu powód swojego istnienia – kościół powołany został przecież po to by nieść dobrą nowinę tym, którzy jej jeszcze nie słyszeli. Doktryna stała się ważniejsza niż człowiek – jakby ktoś potrzebował przypomnienia to właśnie dokładnie za to Jezus tępił faryzeuszy.
Zaszufladkowany do: obserwacje
Leciał w niedzielę Tewje mleczarz w mojej najulubieńsiejszej wersji – z Ustinovem. Moim zdaniem arcydzieło, do którego zawsze z najwyższą przyjemnością wracam. Za każdym razem zwracając uwagę na inny aspekt obserwowanej przez Tewjego rzeczywistości. Tym razem padło na miłość (ach jakież to oklepane).
Pierwsza córka Tewjego błaga go, by pozwolił jej wyjsć za mąż za tego, któremu ona obiecała swoją rękę i całą resztę ciałka. Tewje chciał dla niej dobrze, chciał by nigdy jej nie zabrakło chleba, by żyło jej się wygodnie. A ona woli biednego krawca. Dlaczego? – bo go kocha.
Druga córka nie błaga o pozwolenie – oznajmia że wyjdzie za mąż za tego, którego sobie wybrała i jedyne o co prosi to ojcowskie błogosławieństwo. Bo oni się kochają.
Trzecia córka o nic nie prosi i pomimo sprzeciwu ojca wychodzi za mąż. Dlaczego? – bo się kochają.
Tewje skonfudowany pyta żony – a czy ty mnie kochasz? Ona równie skonfudowana – że skoro spędziła z nim ćwierć wieku, dzieli z nim łoże, urodziła mu pięcioro dzieci, dba o niego na codzień to chyba go kocha. Bo jak to nie jest miłość to co nią jest. Jednak ich córki chyba mają na myśli coś innego niż rodzice.
Przypomina mi się jeden filmik z J.Lo (żadne arcydzieło, ale się przyjemnie ogląda) w którym rozważa ona wyjście za mąż za człowieka którego zna od dzieciństwa i nawet lubi ale nie kocha. Ojciec opowiada jej o własnym zaaranżowanym małżeństwie z kobietą którą poznał w dniu ślubu chyba a z którą w miarę trwania małżeństwa nauczył się nawzajem doceniać, szanować – kochać jednym słowem. I znowu zderzenie dwu zupełnie różnych koncepcji kochania pokazany na przykładzie dwu pokoleń.
I jeszcze jeden film – ten mnie zdenerwował konkretnie. Titanic Camerona. Ona, piękna siedemnastoletnia, bogato zaręczona, myśląca na dodatek, on biedny artysta z zamiłowaniem do podróży. Dzieli ich wszystko a łączy miłość. A przynajmniej tak pan Cameron chce żebyśmy myśleli. Cztery dni kończące się wybuchem namiętności i zatonięciem statku (może w wyniku tego wybuchu). On tonie, ona przybiera jego nazwisko, po czym żyje przez kolejne chyba osiemdziesiąt lat z dala od tego wszystkiego co miała przedtem. Jedno udaremnione samobójstwo + kilka rozmów + kilka szaleństw + jeden rysunek + jeden seks + jeden zatopiony statek = wielka nieskończona miłość. Panna owa (choć przybrane nazwisko nieszczęsnego artysty sugeruje że uważa się raczej za wdowę) żyje jak już powiedziałam kolejne osiemdziesiąt lat. Wychodzi za mąż, rodzi dzieci, dzieci mają dzieci – niańczy swoje wnuki, patrzy jak dorastają, ma szczęśliwą (w miarę) rodzinę. Wszystko to w domyśle, bo w opowiadanej historii jest tylko dziewczyną z Titanica. W chwili śmierci przenosi się by być ze swoim mężem, z którym przeżyła wiele lat, któremu dbała o dom, z którym dzieliła łoże, któremu urodziła dzieci…. ależ skąd! Przenosi się tam gdzie doświadczyła przelotnego romansu i chwili wariackiej namiętności – na Titanica.
Rzadko występuję w takiej roli ale dzisiaj jestem zwolenniczką tradycji miłości. Niech sobie każdy mówi co chce, ale serwowana nam dzisiaj papka romansowo-namiętnościowa z miłością ma naprawdę niewiele wspólnego. Człowiek kocha sobą a nie swoimi instynktami. Jesteśmy czymś więcej niż tylko niewolnikami instynktów i namiętności, jesteśmy istotami rozumnymi. A pop-kultura uparcie robi z nas bezmyślne zwierzątka kierujące się chucią nazywaną zmyłkowo miłością.
Ale nie Saddam Hussein – prezydent Barak Hussein Obama. Symboliczne? – może, symptomatyczne? – wątpię. Raczej nic się nie zmieni. Tylko usłyszeć jak prezydent USA mówi – Ja … Hussein… – bezcenne.
Niektórzy twierdzą że to apokaliptyczne wręcz – że czarny, że czterdziesty czwarty, itp itd…
Nie jestem wielkim fanem teorii spiskowych, szczególnie tych apokaliptycznych, ale jedna przykuła dziś moja uwagę. Znajomy podesłał filmik z tuby o czipach wielkości ziarnka ryżu wszczepianych pod skórę w celach głównie identyfikacyjnych, ale nie tylko. Pamiętam, że już 10 lat temu się o tym mówiło i snuło teorie spiskowe – że ze względu na sposób zasilania baterii tychże czipów najlepsze miejsce do ich wszczepienia to prawa dłoń lub czoło i że brzmi to wprost jak z biblijnego objawienia. Niech mówią co chcą, ja sama szczerze w to wątpię. Ale jednak w samym pomyśle jest coś apokaliptycznego. Załóżmy że pomysł się sprawdzi, i jako wygodny i ułatwiający wszystkim życie zostanie rozpropagowany, po czym uznany za najbezpieczniejszy (plastikowe karty i dowody można ukraść, podrobić) i przez to najlepszy do szerokiego stosowania. W międzyczasie ludzkość udoskonali system komunikacji elektronicznej, tak że nie będzie hakerstwa i przestępstw elektronicznych. I będziemy mieli doskonały system czipowy w zasięgu ręki – czemużby nie uczynić go zasadniczym i powszechnie obowiązującym?
A teraz wyobraźmy sobie że takie narzędzie znajdzie się w rękach współczesnego Hitlera lub Stalina, który mając dostęp do centralnie przechowywanej i manipulowalnej informacji o każdym człowieku będzie chciał wzmocnić swoją pozycję, zniszczyć wrogów i innych niewygodnych ludzi. Że to niemożliwe? Niektórym do dzisiaj wydaje się niemożliwe to, co wydarzyło się ponad pół wieku temu. Nazizm był przecież niemożliwy, przecież żaden rozsądny człowiek nie opowiedziałby się za nazizmem. A jednak w Niemczech w latach trzydziestych po stronie Hitlera stanęli najwspanialsi przedstawiciele tego kraju, z hierarchami kościoła włącznie. Zostali ugotowani jak przysłowiowa żaba – powoli, bardzo powoli i subtelnie.
Niektórzy chrześcijanie wierzą, że mogą żyć jak chcą a jak przyjdzie dzień pieczętowania to oni bohatersko powiedzą NIE, umrą śmiercią męczeńską i pójdą do nieba. Kiedyś pewien kaznodzieja powiedział że biblijne pieczętowanie nie będzie początkiem tylko końcem procesu odsiewania wiernych od niewiernych. Że podobnie jak hodowcy bydła nie znaczą ukradzionych sztuk, tylko takie, które kupili, które żywią i które są do nich przyzwyczajone. Stemplują te, które już do nich należą! Szatan też przystempluje to co do niego należy. Jeśli dajesz się podgrzewać jak żaba i nie czujesz wzrastającej temperatury to nie zauważysz jak cię przystemplują bo będzie to dla ciebie najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Ale jeśli masz w sobie barometr wewnętrzny to daj Boże żebyś zauważał subtelne znaki ocieplenia klimatu wokół siebie – to że ludzie dzisiaj już dzielą się na lepszych i gorszych, to że kościół nie wzywa do kochania człowieka obok kimkolwiek by był, tylko raczej do podtrzymywania poprawności doktrynalnej, że pieniądze są ‘twoje’ i masz prawo zrobić z nimi co tylko chcesz, że jest ci wszystko jedno ile ludzi cierpi produkując kawę którą tak lubisz, ważne że jest tania… Wymieniać można by do świtu, tego za tydzień. Chodzi o to, że zatracamy umiejętność kochania drugiego człowieka i tłumaczymy to brakiem czasu, pieniędzy, kryzysem, czystością doktrynalną, czystością rasową, bezpieczeństwem narodowym, wojną z terroryzmem, względami ekonomicznymi, przyszłością naszych dzieci, prawem do wolności…
I apologetycznie przepraszam że ostatnio tak dołująco, kryzys panie dzieju, kryzys…
Zaszufladkowany do: refleksje
A było to tak…
Miałam lat 19, zdaną maturę, brak pracy i pieniędzy na kształcenie się, za sobą nieudany choć długi jak na nastolatkę związek, przyjaźnie polegające na wspólnym piciu, brak chęci na cokolwiek i wypisany na twarzy wielkimi literami ból istnienia. Zjawił się on – mój kuzyn i powiedział że już nigdy nie będę musiała martwić się ani o przyjaźnie ani o pieniądze bo Amway da mi to wszystko. Trochę się wahałam, ale parę razy zobaczyłam prezentację, wymyśliłam i zwizualizowałam swoje marzenia… i się nawróciłam. To była euforia. Nic nie trzeba było sprzedawać, tylko szukać ludzi, którym można by sprzedać pomysł nic nie sprzedawania tylko szukania ludzi… A że ja nie cierpię sprzedawać i lubię ludzi to wydawało się najprostszą robotą na świecie. I jeszcze te wspaniałe konferencje i tysiące rozentuzjazmowanych ludzi wokół. I znowu świat był piękny. Przez kilka miesięcy. Emocjami nie da się całego życia rozegrać, a już z pewnością człowiek taki jak ja nie jest w stanie emocjami zarabiać.
A teraz wstaw kochany czytelniku Protestantyzm w miejsce po Amway-u.
No jasne że to nie to samo. Protestantyzm nie mówi człowiekowi że ma nic nie robić, tylko wierzyć. Protestantyzm nie mówi, że najważniejszą rzeczą jest lojalność wobec organizacji, słuchanie nauk płynących z pulpitu i szukanie nowych adeptów do wierzenia i nic nie robienia. Adepci protestantyzmu nie wyszukują ludzi słabych, rozbitych i w trudnej sytuacji by ich wkręcić w swój system dobrego samopoczucia i nic nie robienia. Jesteśmy trenowani w akwizycji.
Jedną przewagę miał Amway – ustawiał kobiety na równi z mężczyznami.
Kiedyś przeczytałam że Polacy nie umieją świętować. Znaczy umieją, ale po swojemu – najeść się do oporu i zalać półlitrem albo dwoma. A to nie jest świętowanie.
Nie cierpię świąt, szczególnie tych grudniowych. Tak, jestem jak smerf maruda, po prostu nie cierpię tego co inni lubią i już. Powody? A pewnie że mam.
1. samotność wielu ludzi, którzy odsunięci na bok społeczeństwa nie wiedzą co ze sobą zrobić – nawet jeśli są specjalne wydarzenia dla bezdomnych, dla opuszczonych starych ludzi, dla innych niewygodnych i niewidocznych ludzi, to są to wydarzenia na dzień, dwa lub tydzień przed wigilią. Samą wigilię i święta ci ludzie spędzają poza zasięgiem wzroku dobrodziejów
2. wszędobylska hipokryzja – już w dzieciństwie zobaczyłam że można w wigilię rano zwyzywać się od najgorszych, szantażować emocjonalnie, zadręczać psychicznie (a wszystko to ze zmęczenia przygotowaniami) albo po prostu się nienawidzić, żeby potem wieczorem zawiesić te uczucia na kilka godzin i powrócić do nich ze zdwojoną siła następnego dnia.
3. zakupomania – okazuje się że prezent zrobiony własnoręcznie, skromny już nie wystarcza, że trzeba się poddać histerii zakupów i obdarować najbliższych tym najlepszym co w sklepach jest.
4. obżarstwo – nie trzeba tłumaczyć, może tylko powiem że w mojej rodzinie odmowa nażarcia się jak prosie jest policzkiem i obrazą dla gospodyni domu, bo ona się tak strasznie stara a ty gardzisz… kiedyś powiedziałam mamie, że wolę święta z dwoma przyprawami na krzyż i z brudnymi oknami ale z odrobiną miłości, to o mało w twarz nie dostałam
5. duchowa nędza – sprzedaliśmy święta, już dawno nikt nie pamięta o co chodzi, że jakiś maniak przyszedł żeby wyzwolić nas z łapsk tego wszystkiego co w imię jego narodzin traktujemy obecnie jako nasze największe i najważniejsze bóstwa.
Podobno najwięcej samobójstw ma miejsce w święta BN i w noc sylwestrową. Nigdy nie widziałam takich statystyk na własne oczy, ale słyszałam kilkukrotnie, więc coś w tym musi być. Ktoś zastanawiał się nad tym dlaczego tak się dzieje? Dlaczego w takie rodzinne, ciepłe, pełne dobroci, fantastyczne święta ktoś chciałby się zabić? Pewnie po to, żeby popsuć nastrój innym. Ja też kiedyś miewałam depresyjne i samobójcze nastroje – zazwyczaj w wigilię, sylwestra i czasem w wakacje.
Podobno najczęstszą przyczyną samobójstw jest samotność, niemożność bycia zauważonym i usłyszanym. Na ten temat też nigdy nie czytałam statystyk, to co mam to raczej wiedza powszechna, gdzieś widziana i gdzieś zasłyszana. No i z własnego doświadczenia – bo choć (Bogu dzięki) żadna z moich prób samobójczych nigdy nie doszła do skutku, to wiem co mnie popychało w tym kierunku – właśnie samotność. Wierzę i doświadczam tego od kilku lat, że każdy problem jest do rozwiązania jeśli tylko nie dźwiga się go samemu.
Gdybym miała wybór odwołałabym te święta.
Zaszufladkowany do: obserwacje
Co by się zdarzyło, kiedy role płciowe odwróciłyby się? Gdyby na uniwersytecie na wydziale teologii większość stanowiłyby profesorki, studentki, a studenci pozostawaliby w mniejszości. Za to nie brakowałoby sekretarzy w sekretariatach uczelnianych, którzy pomagaliby zapracowanej Rektorce, Prorektorce czy Dziekance. Profesorki-teolożki uczyłyby teologii, akcentując macierzyńskie oblicze Boga, Materlogii – historii i nauki Matek Kościoła. Na zajęciach z homiletyki studenci by usłyszeli, że dla nich ten przedmiot jest fakultatywny, bowiem i tak nie mogą głosić kazań w Kościołach, ponieważ to powołanie nadane przez Chrystusa i Ducha Świętego kobietom. Zachęcano by chłopców, by lepiej studiowali pedagogikę/ katechetykę, ew. nauczali małe dzieci w szkółce niedzielnej, ale już dorosłych na pewno nie. Na pewno teolożki by podkreślały, jak bardzo cenią mężczyzn, ich rolę w Kościele, szczególnie kiedy opiekują się dziećmi, kiedy się poświęcają, by one mogły oddawać czas wyższym celom, jak rozwój nauki, Kościoła, społeczeństwa, kultury… Ze smutkiem stwierdziłyby… czytaj dalej
i na deser:
oba wynalazki z sieci zawdzięczam zakręconemu popielatemu
Zaszufladkowany do: obserwacje
Chyba w duszy (choć w duszę nie wierzę) jestem anarchistką. Znaczy to mniej więcej tyle że brzydzę się władzą jednego człowieka nad drugim. Władzą w szerokim tego słowa rozumieniu. Plasuję się prawdopodobnie gdzieś w okolicach anarchofeminizmu (Głównym wyróżnikiem anarchofeminizmu jest pogląd, że działanie państwa jest tak samo zniewalające, jak tradycyjne związki rodzinne i seksualne – wikipedia) albo anarchizmu chrześcijańskiego, albo połączenia obu i pomieszania z ideą obywatelskiego nieposłuszeństwa. Niezły ze mnie kundel – mieszaniec bezrasowy, jedynie poszczególne elementy konstytuujące mnie świadczyć mogą o tym że krew jednej lub drugiej rasy płynie w moich żyłach.
Piszę o tym, bo mnie refleksja naszła na temat władz kościoła i kościelnych.
Byłam sobie ostatnio wraz z mężem moim kochanym na konferencji dotyczącej zarządzania kościołem i zachowania władz protestanckich kościołów lokalnych. Pomyślałby ktoś, że to jaka wielka machina jest że trzeba tak nią zarządzać i debatować o tym. Zbory mają od 15 do 100 członków. Zadziwiła mnie ponad godzinna dyskusja o tym czy starszych należy nazywać starszymi, czy radą, czy pastora nazywać pastorem czy przełożonym, itp, itd. Podzieliłam się później z jednym z pastorów swoimi refleksjami w temacie. Powiedziałam, że całe to gadanie o władzy i niemalże dopominanie się o władzę i uznanie jest moim zdaniem mocno nie na miejscu. W odpowiedzi usłyszałam, że to nie władza tylko służba zarządzania kościołem, że starsi (zarządzający) są jak rodzice opiekujący się kościelnikami jak dziećmi, że ludzie w kościele sa jak dzieci, które trzeba prowadzić i dokonywać za nich co trudniejszych wyborów. Że nie może być tak że sobie kościelnik decyduje sam o sobie bo to jest niebiblijne. Że decyzje dotyczące przyszłości kościoła jako lokalnej wspólnoty nie są i nie powinny być podejmowane wspólnie ale przez zarządzających kościołem. Bo kościelnicy nie są rozwinięci wystarczająco mocno żeby podejmować trudne decyzje, nie mają odpowiednich kwalifikacji duchowych… itp itd. U końca rozmowy byłam przygnębiona myślą że tak może być nie tylko w jednym ale w wielu innych podobnych kościołach, gdzie pastor 20-30 osobowej trzódki czuje się jak pan na włościach. Drażniły mnie zwroty “mój kościół”, “moi ludzie”, “mamy ludzi i budynek”. koszmar…
Dowiedziałam się też o miejscu kobiety w kościele.
Że są cztery zasadnicze podejścia – 1. kobieta w kościele milczy i amen, 2. kobieta może otworzyć usta ale broń Boże w sprawach istotnych, 3. kobieta może służyć, ale nie w kaplicy (szkółka, kuchnia), ewentualnie w służbie muzycznej, 4. kobieta może wszystko to samo co mężczyzna. Za poglądem pierwszym było może 15 procent uczestników, za poglądem drugim i trzecim mniej więcej po 40 procent, kilka osób opowiedziało się za opcją nr 4, niestety byłam w tej grupie jedyną kobietą. Niestety dla grupy, bo przez to zostałam poproszona by zabrać głos i wytłumaczyć się ze swojego stanowiska. Co też uczyniłam i powiedziałam co myślę. Normalnie moje pięć minut (na kolejne pięć pewnie poczekam kilka lat). Powiedziałam że przed grzechem, gdy świat był idealny, kobieta i mężczyzna zostali stworzeni jako równi sobie i wszelkie odchylenia od tej równości są hołdowaniem tradycji grzechu.
Więc jestem anarchistycznym kundlem. Nie życzę sobie najmniejszej choćby ingerencji zarządu kościoła w moje życie, jestem więc elementem anty-społecznym, anty- (dopisać sobie proszę co kto chce)… Również dlatego że marzy mi się rozpierniczenie w drzazgi obecnej (męskiej) i każdej innej hierarchii kościelnej.